Życie w lęku

Są w życiu takie dni, gdy mimo całkiem przyzwoitej pogody za oknem, w sercu panuje szarość, smutek, niezdecydowanie. Gdy nie można usiedzieć w miejscu – będąc w domu chce się być na zewnątrz, a będąc na zewnątrz myśli się o powrocie do domu. Wydaje się, że nic nie ma sensu – studia, praca, blog, książki. Nawet wiara. Najchętniej nie wychodziłoby się spod kołdry. Ona jedna o nic nie pyta. Życie tymczasem pędzi nieubłaganie. Trzeba w końcu wstać z kanapy, założyć mniej lub bardziej wyczynowe buty i ruszyć w drogę.

Ja mam ostatnio takie dni. Spełniłem swoje jedno pragnienie – przeniosłem się z Lublina do Krakowa. Tymczasem będąc już w tym mieście wspominam i tęsknię za Lublinem. Ta przeprowadzka to był dla mnie bardzo duży krok. Nie jestem człowiekiem, który lubi aż takie zmiany – nowe miasto, nowa uczelnia, nowi ludzie. A tak jak już wspominałem we wcześniejszym wpisie – dusza towarzystwa to ze mnie taka, że powiedzenie „cześć” w nowym środowisku przychodzi mi z trudem. W myślach jednak bryluję w towarzystwie, jestem mistrzem small talk, królem imprezy, płomiennym kaznodzieją, charyzmatycznym mówcą. I zastanawiam się, skąd to się we mnie bierze? Z jednej strony jest we mnie niezwykłe upodobanie spędzania czasu w wąskim gronie znajomych albo w ciszy swojego pokoju z książką w dłoni, a z drugiej – chwilami wręcz ogromna tęsknota za ludźmi. Ze skrajności w skrajność, tak jakby były we mnie dwie osoby.

Nie jest łatwo żyć w takim rozkroku. Chcieć być lubianym przez ludzi, a jednocześnie chcieć od nich uciec do swojego pokoju, do świata, który znam. Czy jednak o to chodzi w życiu? Choćbym nie wiem jak bardzo chciał, to od ludzi przecież nie ucieknę. Oni zawsze będą wkoło mnie. Przeprowadzka, nowa uczelnia, praca – to ludzie tworzą przecież te społeczności. I im szybciej nauczę się obracać w nowym towarzystwie, im szybciej nabiorę pewnych umiejętności komunikacyjnych, tym lepiej dla mnie.

Bardzo bym chciał pozbyć się lęku przed nieznanymi ludźmi. Czasem przybiera on paradoksalne wręcz rozmiary – stresuje mnie np. wyjazd na uczelnię. Przyjeżdżam jako ostatni i jako pierwszy wychodzę. Nie nawiązując kontaktu z nikim. A studia przecież powinny być czasem kształtowania charakteru, poznawania innych ludzi, a nie tylko zdobywania wiedzy. Ja wiem, że dla większości z was pewnie to są proste rzeczy, ale uwierzcie, że są wśród was ludzie, którzy tylko pozornie są zamknięci i wycofani. Tak naprawdę drzemią w nich ogromne pokłady towarzyskości. Tylko przykryte są kurzem kompleksów. Jeśli w środowisku, w którym żyjesz, np. na uczelni, masz jedną taką osobę – podejdź do niej, zagadaj. Pomódl się za nią. Daj jej szansę. Może się okazać, że dzięki chwili rozmowy z Tobą, zainteresowaniu jakie okażesz, dana osoba otworzy się, poczuje się zauważona. Dla ciebie to może być nic nieznaczące pytanie, ale dla niej może to być już uchylenie furtki towarzyskości.

Nie bądź obojętny. Nie oceniaj drugiego człowieka powierzchownie. Nie wiesz, co w nim się kryje, jaka jest jego historia, nie znasz jego lęków i obaw. Zanim o kimś pomyślisz, że jest głupi albo dziwny zdobądź się na odwagę i porozmawiaj z nim. Być może on właśnie na to czeka.