Z półki Eryka #4 – kwiecień 2018

Z półki Eryka #4

Nie jestem w tym roku zbyt dobry w szybkim publikowaniu swoich czytelniczych podsumowań miesiąca. Ufam, że mi to będziecie wybaczać. Z niemałym opóźnieniem zapraszam was dziś do zapoznania się z pozycjami, które przeczytałem w kwietniu. Przed wami więc kolejna odsłona cyklu „Z półki Eryka”.

1. Olga Tokarczuk, „Księgi Jakubowe”, Wydawnictwo Literackie

„Księgi Jakubowe” to bardzo specyficzna książka. Mam z nią ten problem, że mniej więcej do połowy okropnie mi się dłużyła, czytałem ją momentami trochę na siłę. Historia opisana przez Olgę Tokarczuk wydawała się jakaś taka zbyt pogmatwana, trochę nietrzymająca się kupy. Po tym okresie zniechęcenia wręcz tą książką przyszedł jednak czas zachwytu. Nagle bowiem, zaskakująco nawet dla mnie samego, nie mogłem się od niej oderwać. Gdyby nie konieczność wychodzenia do pracy czytałbym ją całymi dniami. Skąd taka zmiana? Sam chciałbym to wiedzieć.

„Księgi Jakubowe” opowiadają historię żydowskiej wspólnoty przechodzącej na chrześcijaństwo. Jej członkowie wierzą bowiem, że w osobie jednego z nich – Jakuba Franka – na świat przyszedł wyczekiwany przez nich mesjasz. Gdy więc głosi on, że droga do zbawienia wiedzie między innymi przez chrzest – wierni temu wezwaniu przyjmują ten sakrament przybierając jednocześnie nowe imiona. Nie znaczy to jednak, że teraz już wszystko w ich życiu będzie łatwe. Wręcz przeciwnie. Bohaterowie żyją w XVIII wieku, akcja książki rozgrywa się na kilkadziesiąt lat przed rozbiorami naszego kraju. Nie był to ani łatwy, ani przyjemny czas. Bohaterowie tułają się z miasta do miasta, z państwa do państwa, nie mogąc zagrzać nigdzie miejsca. Myślę, że świetnie pokazuje to pewną charakterystykę narodu żydowskiego. Od samego swojego początku byli bowiem oni ludem wędrującym. Cały Stary Testament to przecież między innymi historia tułaczki Żydów po świecie.

Ciężko jest mi dokonywać jakiejś oceny „Ksiąg Jakubowych”. To jedna z tych książek, o których trudno powiedzieć, że są pozycją obowiązkową do przeczytania. Na pewno jednak warto poświęcić im czas, nawet kilka tygodni (tyle czasu zajęło mnie przeczytanie tej powieści).

2. Papież Franciszek, „Adhortacja Apostolska Gaudete et exsultate. O powołaniu do świętości w świecie współczesnym”, Wydawnictwo M

Najnowszy dokument papieża Franciszka przeczytałem już 3 razy. Jestem tym tekstem po prostu zachwycony. W całym swoim prawie 25-letnim już życiu nie przeczytałem niczego, co przedstawiałoby świętość tak normalnie, tak zwyczajnie, a jednocześnie tak bardzo zachęcająco. Nie przeczytałem do tej pory żadnego tekstu, który tak bardzo zachęciłby mnie do dobrego, prostego, uczciwego i ŚWIĘTEGO życia jak właśnie ta adhortacja. Franciszek w „Gaudete et Exsultate” pokazuje, że świętość jest powołaniem KAŻDEGO człowieka. Nie jest tylko dla wybranych – księży, zakonnic, mnichów, osób jakoś szczególnie obdarowanych. Nie, ona jest w zasięgu ręki nas wszystkich. Drogę do niej tworzą wybory, których dokonujemy codziennie, a których ogromnego znaczenia nie dostrzegamy. Świętym człowiekiem jest mąż, który wstaje po kilka razy w nocy do swojego dziecka i przynosi je do swojej żony, aby ta je nakarmiła i nie musiała do niego wstawać. Święta jest żona, która dwoi się i troi, aby przy nowo narodzonym dziecku nie zapomnieć o mężu. Święta jest babcia robiąca z miłości do dzieci i wnuków ich ulubione pierogi. Święci jesteśmy wszyscy rozliczając uczciwie podatki. Przykłady można mnożyć i mnożyć, chodzi tylko o to, by dostrzec, że te drobne, codzienne decyzje tworzą naszą świętość.
Adhortacja „Gaudete et Exsultate” to moim zdaniem pozycja, którą przeczytać powinien każdy. Nie tylko chrześcijanin.

3. Arcybiskup Fulton J. Sheen, „Siedem grzechów głównych”, Wydawnictwo W drodze

Jak pewnie wiecie arcybiskup Sheen to mój ulubiony święty, choć jeszcze oficjalnie nie został kanonizowany. Jest dla mnie autorytetem w wielu dziedzinach życia. Obrałem go sobie na patrona swoich medialno-internetowych poczynań. Wszelkie jego teksty kupuję w ciemno i czytam od razu. Jego książki nie czekają u mnie na żadnych stosach, od razu wskakują w #terazczytam.

„Siedem grzechów głównych” to zapis niezwykle fascynujących refleksji amerykańskiego hierarchy dotyczących, jak sam tytuł wskazuje, dobrze nam znanych grzechów, określanych katechizmowo jako „główne”. To, co najbardziej fascynujące w tych rozważaniach, to fakt, że arcybiskup połączył je z ostatnimi słowami Jezusa wypowiadanymi przed śmiercią na krzyżu. Może to wydawać się zaskakujące, ale powiem wam, że w tym szaleństwie jest metoda i dużo mądrości. Każdy z siedmiu grzechów abp interpretuje w świetle któregoś ze zdań wypowiadanych przez przybitego do krzyża Zbawiciela. Genialnie pokazuje to, że śmierć Jezusa zgładziła każdy grzech. Że tam na Golgocie dokonało się odkupienie nas wszystkich. Że nie ma takiego grzechu, który nie zostałby przybity do krzyża razem z Mesjaszem.
Refleksje abpa Sheena zaskakują swoją aktualnością. A trzeba pamiętać, że książka „Siedem grzechów głównych” jest zapisem rozważań radiowych wygłoszonych w 1939 roku, na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. I choć wiele się od tego czasu zmieniło to jednak jedno pozostaje niezmienne – człowiek i jego skłonności do grzechu, do niewiary, do odrzucenia Boga.

Nie jestem obiektywny polecając wam tę książkę. Tak jak wspominałem – ja arcybiskupa Sheena kupuję w ciemno. Polecam wam nie tylko „Siedem grzechów głównych”, ale w ogóle wszystko, co wyszło spod jego ręki.