Wielkie „Małe życie”

Chyba w całym swoim życiu żadnej książki nie czytałem jeszcze tak długo. Z „Małym życiem” spędziłem prawie miesiąc. Moja przygoda z tą książką była jak…życie. Były wzloty i upadki. Raz ją kochałem, by za kilka stron znienawidzić.

„Małe życie” autorstwa Hanyi Yanagihary nie jest książką łatwą. Wiele osób twierdzi za to, że na pewno wybitną. Tego też nie wiem, jakoś nie potrafię się z tym do końca zgodzić. To, co z całą pewnością mogę stwierdzić to, że „Małe życie” jest książką ważną. W dobie płytki, krótkich, miałkich powieści, bardziej opowiadań, dostajemy historię z prawdziwego zdarzenia. Z życia wziętą chciałoby się rzec. Jej bohaterami są czterej mężczyźni – Jude, Malcolm, JB i Willem. Poznajemy ich jako młodych, dwudziestokilkuletnich studentów. Mieszkają w Nowym Jorku, mieście marzeń wielu ludzi. Pochodzą z różnych rodzin, mają różne zainteresowania, jednak łączy ich jedno – uwielbiają spędzać czas razem. Ich różnice charakterów fenomenalnie się uzupełniają, tworzą razem piękną mozaikę. Czytając początek powieści opisujący ich przyjaźń czytelnik tęskni za tym, aby przeżyć coś podobnego, aby mieć wokół siebie kilku bliskich przyjaciół, takich jak oni. Wydaje się, że ich przyjaźń przetrwa wiecznie. Niestety, jak to w życiu bywa – nie jest tak różowo.

Wraz z upływem czasu wspólne drogi przyjaciół zaczynają się rozchodzić. Obciążeni obowiązkami zawodowymi, rodzinnymi, mają coraz mniej czasu dla siebie nawzajem. Spotykają się coraz rzadziej, coraz trudniej zorganizować spotkanie, na którym byliby wszyscy czterej. Fabuła powieści zaczyna się skupiać wokół jednego z nich – Jude’a. To bez wątpienia najciekawsza postać tej historii. Człowiek z niesamowicie trudną przeszłością, zamknięty, mający kłopoty psychiczne, ale też cielesne. Prawnik kochający swoją pracę. Sierota, wychowanek domu dziecka, który zostaje adoptowany jako dojrzały mężczyzna. Unikający związków, który w końcu znajduje swoją miłość będącą na wyciągnięcie ręki.

Nie wiem, czy kreśląc sylwetki postaci Hanya Yanagihara inspirowała się jakąś konkretną osobą. Za wymyślenie Jude’a powinna jednak dostać jakąś nagrodę. Tak genialnie skonstruowanej postaci, tak skomplikowanej, tak fenomenalnie opisanej nie widziałem od bardzo dawna. Jeśli w ogóle widziałem. Coś wspaniałego.

„Małe życie” to książka, której nie da się pochłonąć w krótkim czasie. Nie tylko ze względu na objętość (ponad 800 stron), ale głównie ze względu na treść. Powieść składa się głównie z opisów – przeżyć wewnętrznych bohaterów, świata, przyrody. Dialogów jest tu mało. To może przeszkadzać, z niektórych opisów można było zrezygnować, jednak to właśnie one budują klimat tej historii. Rozmowy bohaterów pojawiają się sporadycznie i tylko wtedy, gdy wnoszą coś do fabuły. Mnie osobiście czasem to psychologizowanie bohaterów przeszkadzało. Męczyło mnie, czasem nużyło. Ale to tylko moje subiektywne odczucia.

Przyznam szczerze, że na początku „Małe życie” mi się najzwyczajniej nie podobało. Wyraziłem to zresztą na jednym ze zdjęć na Instagramie. Nie mam jednak w zwyczaju odkładać raz zaczętej książki. Tak już mam, że czytam do końca. „Małe życie” na dobre wciągnęło od około 300 strony. Do niemalże samej końcówki trzymało w napięciu, intrygowało. Sam koniec historii wydaje mi się jednak przewidywalny. Już po zdecydowanie kulminacyjnym momencie powieści, następny krok wydaje się nieunikniony. Czytając zastanawiałem się już tylko kiedy i jak to się stanie.

„Małe życie” to książka, którą zdecydowanie trzeba przeczytać. Objętość może dla niektórych być barierą zaporową, jednak jeśli szukacie dobrze napisanej, interesującej fabuły – przeczytajcie tę powieść. Po mojej początkowej niechęci do tej książki, dziś, już po przeczytaniu całości, polecam ją każdemu.