Walka, trwoga, modlitwa

Walka, trwoga, modlitwa

Każdego dnia walczę. Z lenistwem, z egoizmem, z nieumiarkowaniem, ze swoimi słabościami. Nie zawsze wygrywam. Są takie dni, w których nie mam kompletnie na nic siły. Mimo tego, że przecież mam co jeść, nie chodzę głodny ani odwodniony, mam dach nad głową, wypraną, świeżą odzież. Są takie chwile, w których muszę zawołać: Jezu, ratuj!

Często różne pokusy atakują mnie już od rana, praktycznie od samego otwarcia oczu. Myślę o tym, co mnie dziś czeka, jakie zajęcia na uczelni i wtedy w głowie słyszę głos, który mi mówi: nie jedź, zostań w domu. Masz przecież nieobecność, nic ci nie zaszkodzi. Posiedź w łóżku, czytaj książki, oglądaj Friendsów. Na uczelni tylko stracisz czas. Po co ci to? Wbrew pozorom nie jest łatwo temu nie ulec. W technikum miałem taki czas, w którym dużo wagarowałem. Różne czynniki na to się składały, jednak bardzo często było to coś we mnie, jakaś apatia. Wtedy ulegałem temu niemal za każdym razem. Minęło trochę czasu, różne rzeczy się musiały wydarzyć, bym się opamiętał, bym zrozumiał, że to do niczego nie prowadzi, że wręcz sam sobie tym szkodzę. Jednak to uczucie wciąż mnie dopada od czasu do czasu. Atakuje moją głowę, moje myśli, osacza mnie, zamyka mnie we mnie. Wiecie, co mi wtedy pomaga, co wtedy robię? Staram się uspokoić, usiąść, wziąć głęboki wdech, wypuścić powietrze i powtarzam krótkie wezwania w stylu Jezu ratuj. Bo czuję, że bez Jego pomocy, Jego Ducha, Jego wsparcia po prostu ulegnę. Odpadnę już na starcie, bez walki. Czasem tych wezwań muszę powtórzyć kilkadziesiąt, zanim poczuje w sobie spokój, pewność tego, że to, co złe, co mnie atakowało – odeszło przynajmniej na chwilę. I wiem, że to nie ja tego dokonałem. Moja jedyna zasługa w tym, że zwróciłem się do Tego, Który Czekał, aż Mu pozwolę działać. Znowu zwracam swoje myśli do Jezusa, patrzę na Jego wizerunek na ikonie w moim pokoju, szepczę jedno słowo: dziękuję. Czasem przy tym płaczę.

Ktoś powie jak trwoga to do Boga. Ja odpowiem, że tak, zgadza się. No bo do kogo by innego? Rzecz nie w tym, by się oskarżać z tego, że gdy upadamy to zwracamy się do Boga. To jest całkowicie naturalny odruch, którego nie można hamować. Chodzi raczej o to, by pamiętać o Nim nie tylko w czasie trwogi. Byśmy potrafili przed Nim się pochwalić gdy uda nam się zrobić coś, z czego po prostu będziemy dumni. Byśmy potrafili Go prosić o to, czego potrzebujemy. Byśmy potrafili Go przeprosić, gdy odwrócimy od Niego wzrok i zaczniemy się topić. Byśmy mieli odwagę zawołać w takich chwilach Panie, ratuj! I chwycili Jego wyciągniętą rękę. Bo On nie odwraca się do nas plecami, gdy zgrzeszymy. Nie prowadzi zeszytu, w którym zapisuje wszystkie nasze potknięcia. Wręcz przeciwnie. Czeka na nas zawsze. Choćby w konfesjonale, który jest miejscem, w którym do każdego mówi kocham cię, dobrze, że tu przyszedłeś.

Staram się od czasu do czasu spojrzeć na swoje życie w ciszy i spokoju. I zauważam ostatnio ogromną moc takich właśnie krótkich, ale szczerych modlitw. Bo to moje wołanie w chwilach pokus jest modlitwą. Widzę, że czasem nie potrzeba przed Bogiem silić się na nie wiadomo jak długi i skomplikowany monolog. Właśnie, monolog. Jak wiele pięknych słów i wielokrotnie złożonych zdań wypowiadamy do samych siebie? Jak często w czasie modlitwy rozmawiamy sami ze sobą? Albo udajemy kogoś, kim nie jesteśmy? A przed Bogiem trzeba być po prostu sobą. Ewą, Krzyśkiem, Moniką, Piotrkiem, Magdą, Erykiem. Nikim innym. Sobą.

Nie myślcie tylko o tym, że jestem jakimś specem od modlitwy. Dzielę się tylko tym, czego sam doświadczam. A i to tylko niewielka część całości.

Z Bogiem.
+