Szkoda mi księdza Międlara

Ks. Jacek Międlar CM otrzymał 19 kwietnia „całkowity zakaz wystąpień publicznych oraz organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych.” Kara jak najbardziej zasłużona, choć cała sprawa budzi kilka moich wątpliwości.

Po pierwsze. Nie ulega wątpliwości, że podobna kara na ks. Jacka musiała być nałożona już wcześniej. A już na pewno został co najmniej upomniany przez swoich przełożonych. Zastanawia mnie więc, na ile ten całkowity zakaz wystąpień publicznych jest troską o jego dobro i zbawienie, a na ile zwykłą karą za nieposłuszeństwo i pokazaniem, że szef zawsze ma rację.

Po drugie. Najzwyczajniej w świecie szkoda mi ks. Międlara. Widać po jego wystąpieniach, że nie jest to człowiek głupi. Ma charyzmę, potrafi porwać tłumy, ludzie chętnie go słuchają. Gdyby tylko tak umiejętnie nim pokierować, aby te same tłumy, które porywa swoimi nacjonalistycznymi przemowami porwał dla Chrystusa i Ewangelii? Gdyby zamiast przez pryzmat nacjonalizmu, zaczął patrzeć na świat przez pryzmat wiary? Jak teraz pomóc mu wrócić na właściwą drogę? Można np. wykorzystać jego zapał i wysłać go na studia z katolickiej nauki społecznej. Można też, trochę wzorem bpa Piotra Jareckiego, wysłać go na jakiś czas do któregoś z zakonów bądź opactw, gdzie mógłby w ciszy i spokoju rozeznać swoją drogę.

Po trzecie. Cieszy mnie to, że ks. Jacek Międlar potrafi sprowadzić do kościoła narodowców. Tylko jako kapłan powinien im w tym szczególnym miejscu opowiadać o wielkiej miłości Boga do każdego z nich, o łasce miłosierdzia, o mocy chrztu, modlitwy, przebaczenia. Kościół to nie miejsce do głoszenia rasistowskich i nacjonalistycznych haseł. Tu nie powinny padać słowa, że narodowo-katolicki radykalizm jest „chemioterapią dla ogarniętej nowotworem złośliwym Polski.” No po prostu nie.

Po czwarte. Zawsze boli mnie, gdy widzę lub czytam o tym, że kapłan gubi gdzieś Chrystusa. Nie wymagam od nich jakiegoś wielkiego heroizmu wiary. Wiem, że ksiądz to też człowiek z krwi i kości, ma prawo do gorszego dnia, zmęczenia, wątpliwości. Chciałbym tylko słyszeć od niego słowa niosące nadzieję, dobrą nowinę, kerygmat, zapewnienie o tym, że Bóg mnie kocha, że nie muszę na Jego miłość zasługiwać. Wydaje mi się, że na tym między innymi polega kapłańskie powołanie. Udzielając sakramentów, ale też porad, kierownictwa duchowego ksiądz ma być dla nas pomostem do Chrystusa. I patrząc z tej perspektywy zawsze boli mnie upadek kapłana. Czy to przez pedofilię, czy zbytnią miłość do pieniędzy, czy zatracenie się w różnych ideologiach.

Po piąte. Ks. Jacek Międlar jest moim bratem w wierze. A skoro jest moim bratem to nie mogę przejść obojętnie wobec tego, że tak się pogubił w swoim życiu, że jego przełożeni muszą aż nakładać na niego kary. Muszę okazać troskę. Chociaż w tym przypadku nie muszę, po prostu chcę. Głęboko wierzę w to, że to wszystko, co ostatnio wydarzyło się wokół osoby księdza Jacka, będzie przez niego dogłębnie i poważnie przemyślane. Chciałbym, by kiedyś mówił o tych wydarzeniach tak, jak dziś bp Piotr Jarecki opowiada o swoim wypadku.

Trwa Tydzień Modlitw o Powołania. Nie wiem jak wam, ale mnie od razu nasuwa się myśl, żeby najzwyczajniej w świecie pomodlić się za księdza Jacka Międlara. Do tego samego zachęcam każdego z was. Myślę, że modlitwa Ludu Bożego, dla którego został Jacek Międlar został ustanowiony kapłanem, może mu niesamowicie pomóc.