O tym jak pewna sobota stała się dla mnie dniem pełnym łaski

Mija właśnie tydzień od tego spotkania, a ja wciąż je pamiętam jakby było wczoraj. Dzień Pełen Łaski to niesamowite wydarzenie, a jego owoce zbieram do dziś.

Jechałem tam z mieszanymi uczuciami. Bałem się. Wybierałem się sam, bez znajomych. Wprawdzie wiedziałem, że spotkam w Warszawie kilka znanych mi osób, ale to nie umniejszało moich lęków. Innym powodem do obaw była modlitwa uwielbienia. Powiem wprost – przed DPŁ nie była to jedna z moich ulubionych form spędzania czasu z Bogiem. Uczestniczyłem w paru tego rodzaju wieczorach uwielbienia i zawsze mnie to jakoś przytłaczało, osaczało, krępowało. Rozłożyć ręce, unieść je, śpiewać? To było i wciąż jest ponad moje siły. Dzień Pełen Łaski tego nie zmienił. Zdecydowanie bardziej lubię cichą modlitwę przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Gdy mogę po prostu z Nim pobyć, porozmawiać, a czasem po prostu na Niego popatrzeć. Bez żadnych myśli czy niepotrzebnych słów. Adorować Go. 6  lutego wydarzyło się jednak coś, co zmieniło mój sposób patrzenia na modlitwę uwielbienia.

Na początku była konferencja, którą wygłosił ojciec Adam Szustak OP. Przeczytał fragment ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej, następnie zręcznie połączył to z faktem, że sobota podczas której odbywał się Dzień Pełen Łaski, była jednocześnie ostatnią sobotą karnawału. Kończąc konferencję ojciec Adam gorąco zaapelował o to, aby modlitwa uwielbienia, która miała za chwilę się rozpocząć, była prawdziwym karnawałem. Żebyśmy nie byli smutni, przygaszeni, ale byśmy radowali się obecnością Pana wśród nas, abyśmy byli pijani Bogiem, żebyśmy nie wstydzili się klaskać, śpiewać, krzyczeć, bawić. W mojej głowie od razu pojawiła się myśl: „zaczyna się”. Jeszcze uwielbienie się dobrze nie zaczęło, a ja już czekałem na koniec. Pan Bóg mnie jednak zaskoczył.

IMG_20160206_211432

Już na chwilę przed wielbieniem mój ulubiony dominikanin powiedział mniej więcej takie słowa:
„Na pewno jest na tej sali ktoś, kto siedzi z tyłu i w tym momencie już sobie myśli <o matko, aby tylko dotrwać do końca>. Kto już patrzy na zegarek i odlicza minuty. Pan Bóg dziś chce przyjść właśnie do Ciebie. Nie wstydź się, nie bój, daj Mu szansę.” Oczywiście parafrazuję, chcę oddać tylko sens wypowiedzi. Gdy usłyszałem te słowa nogi się pode mną ugięły. To było do mnie. To ja siedziałem z tyłu, to ja czekałem na koniec modlitwy uwielbienia, to ja zerkałem na zegarek. Pomyślałem sobie: „Dobra, Panie Boże, jeśli tego chcesz – to działaj.” Po czym wstałem i zacząłem wielbić.

Podczas modlitwy nie doznałem jakichś spektakularnych objawień. Duch Święty przyszedł do mnie z darem pokoju. Wyzbyłem się swoich lęków. Nie bałem się już tego, że jestem sam, że siedzę na końcu sali jak kołek. Modliłem się, śpiewałem, podnosiłem ręce. Dla niektórych to normalne, ale dla mnie to był po prostu kosmos. Po raz pierwszy dobrze się czułem podczas modlitwy uwielbienia. Niesamowitym doświadczeniem dla mnie było to, że doznałem bycia samemu we wspólnocie. Niby byłem sam, ale nie byłem samotny. Sam przed Panem i jednocześnie jako część wspólnoty, część Kościoła. Byłem ja jako Eryk i ja jako Kościół. Nie umiem tego lepiej opisać słowami, mam nadzieję, że zrozumiecie o co mi chodzi.

Oczywiście Dzień Pełen Łaski trwał dalej, miał swoje następne punkty programu – Msza święta, drugie wielbienie. Jednak to opisane przeze mnie doświadczenie najbardziej zapadło mi w sercu i w pamięci. Tamta sobota będzie mi się kojarzyła już zawsze z tym pokonaniem swoich słabości. Otworzyła się w moim sercu furtka uwielbienia. Wciąż daleko mi do tego, by powiedzieć, że to moja ulubiona, albo chociaż jedna z ulubionych form modlitwy. Wciąż bliższe memu sercu jest ewangeliczne wezwanie do bycia z Bogiem sam na sam we wnętrzu swej izdebki. Nie patrzę już jednak na ludzi, którzy modlą się z podniesionymi rękami jak na oszołomów. I dla tego jednego doświadczenia warto było pojechać na Dzień Pełen Łaski.


A na koniec – hicior z wielbienia. Bez Owcy nie byłoby ono tak udane!