Moje dwa wielkopostne postanowienia

Moje dwa wielkopostne postanowienia

Okres wielkiego postu zbliża się do swojego wielkiego finału. Myślę, że to dobry czas na to, by opowiedzieć wam trochę o moich postanowieniach wielkopostnych przy okazji dokonując ich podsumowania.

Tak już mam w swoim życiu, że wielki post przeżywam jakoś bardziej niż adwent. To oczekiwanie na zmartwychwstanie przemawia do mnie bardziej niż na narodzenie. Adwent często przeżywam bardziej jako początek nowego roku liturgicznego niż czas mający mnie przygotować na przyjście Chrystusa. Pracuję nad tym, by to zmienić, ale póki co jest jak jest. 

Nic więc dziwnego (tak mi się wydaje), że wielkopostne postanowienia obmyślam jakoś bardziej niż adwentowe. Tak było i w tym roku. Gdy na kilka dni przed środą popielcową myślałem o tym, nad czym chciałbym przez te 40 dni popracować przyszły mi na myśl dwie rzeczy: ograniczenie zakupów oraz regularna modlitwa.

Któregoś dnia zdałem sobie sprawę, że otacza mnie wiele niepotrzebnych rzeczy. Często bowiem kupowałem coś zanim pomyślałem o tym, czy rzeczywiście dana rzecz jest mi potrzebna. Dzięki temu nazbierało mi się mnóstwo nieprzeczytanych książek i innych rzeczy, które czasem mnie przytłaczają. Postanowiłem więc, że przez wielki post nie będę kupował niepotrzebnych rzeczy. Że spróbuję powalczyć z odruchem wciśnięcia przycisku „kup teraz”, gdy widzę coś co mi się spodoba. I tu idzie mi bardzo dobrze. Tak dobrze, że ostatnio nie chciało mi się wydawać pieniędzy na nowy antyperspirant. Nagiąłem to postanowienie tylko dla adhortacji papieża Franciszka „Christus Vivit”. Nie żałuję.

Inną rzeczą, na którą chciałem zwrócić baczną uwagę w czasie wielkiego postu była regularność mojej modlitwy. Wróciłem do zwyczaju, który na początku tego roku zaniedbałem, czyli do rozpoczynania każdego dnia od jutrzni. To było coś co udawało mi się przez większość 2018 roku. Na początku 2019 dopadł mnie jakiś kryzys, zwyczajnie nie chciało mi się tego robić. Postanowiłem do tego wrócić. Pamiętam bowiem jak w minionym roku ta modlitwa często ustawiała mi dzień. Teraz też to widzę. Każdego poranka po przebudzeniu wstawiam wodę na kawę, idę się szybko umyć, zalewam kawę i się modlę. Parę razy zdarzyło mi się natrafić w jutrzni na jakiś taki fragment Słowa, których chodził za mną cały dzień. Raz też Słowo tak do mnie trafiło, że zwyczajnie się popłakałem. Wszystko to pokazuje mi jedno – Słowo Boże jest żywe. I trafia do serca.

Tyle moich wielkopostnych postanowień. Jak widzicie nie ma ich nie wiadomo ile. Są dwa, ale konkretne. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ilość w tym wszystkim chodzi. Wielki post nie ma być czasem, w którym wyrabiamy jakieś duchowe muskuły, żeby za te 40 dni wyprężyć bicka i chwalić się ile to ja osiągnąłem. Cały sens wielkopostnych postanowień sprowadza się do jednego pytania – na ile to wszystko przybliżyło mnie do Boga? Jeśli choć na milimetr – jest dobrze.

A jakie są wasze wielkopostne postanowienia?