Moje czytelnicze #bestread

Moje czytelnicze #bestread

Nie jest żadną tajemnicą, że czytam sporo książek. Na swoich profilach na Instagramie i Twitterze regularnie dzielę się aktualnymi lekturami. Większość książek nie zostaje jednak w mojej pamięci na długo. Nie wiem czy jest to spowodowane tym, że są to po prostu bardzo średnie tytuły czy może moim niedostatecznym skupieniem. Pewnie trochę jednego, trochę drugiego. Dziś jednak chciałbym wam podrzucić moje #bestread tego, co przeczytałem. Niekoniecznie będą to książki stricte religijne, raczej takie, w których można znaleźć bliskie chrześcijanom wartości, gdy tylko spojrzy się na nie przez pryzmat wiary.

  1. Harry Potter (części 1-7), J.K. Rowling
    Takie zestawienie moich ulubionych książek musi otwierać on. Na początku historii to dorastający chłopiec nieświadomy swoich wyjątkowych mocy. Z biegiem czasu poznający prawdę o tragicznej śmierci swoich rodziców i trudnym do wytłumaczenia jego przeżyciu. Ten chłopiec to oczywiście Harry Potter.
    Seria książek o tym młodym czarodzieju to chyba taka pozycja, dzięki której pokochałem czytanie. Wszystkie 7 tomów przeczytałem w swoim życiu już chyba ponad 5 razy. Co z tego, że znam je niemal na pamięć, co z tego, że mam pół pokoju nieprzeczytanych przeze mnie książek, skoro co jakiś czas nachodzi mnie chęć ponownego zanurzenia się w świecie czarodziejów? Biorę więc książkę i czytam.
    Historia Pottera to dla mnie przepiękny opis tego, że miłość i przyjaźń to wartości, które mogą pokonać każde zło. Dosłownie każde. Nie ma zła, którego nie można byłoby pokonać dzięki miłości i wsparciu prawdziwych przyjaciół. Harry Potter przekonuje się o tym na własnej skórze wielokrotnie. Zdarza mu się zwątpić w to, że jest w stanie pokonać zło, w książkach występujące pod postacią złego czarnoksiężnika Voldemorta. Nie zdaje sobie jednak sprawy jak wielkim skarbem obdarzyli go na chwile przed swoją śmiercią jego rodzice. A gdy już wątpi totalnie to przyjaciele go podnoszą i umacniają.
    Serię o Harrym Potterze polecam każdemu, kto spragniony jest wciągającej historii. Ja dałem się porwać i tego nie żałuję.
  2. Wstęp do religii, abp Fulton J. Sheen
    Teraz coś z katolickiego podwórka. Gdy ktoś pyta mnie o książkę, którą poleciłbym osobie szukającej dobrej, ubogacającej lektury z branży religijnej, która nie byłaby napisana zaawansowanym teologicznym językiem bez wahania odpowiadam: bierz człowiecze „Wstęp do religii” abpa Sheena. Ta książka wiele mi w głowie ułożyła. Pisząc to wszystko jestem bardzo nieobiektywny, bo musicie wiedzieć, że jestem ogromnym zwolennikiem całej biografii tego amerykańskiego hierarchy. Nad biurkiem trzymam jego zdjęcie, mam chyba wszystkie wydane w Polsce książki jego autorstwa, poświęciłem mu nawet osobny tekst na blogu.
    „Wstęp do religii” to wbrew zawartemu w tytule słowu „wstęp” książka nie tylko dla osób zaczynających swoją drogę z Panem Bogiem. Gwarantuję, że zaawansowany teolog, który niejedno w swoim życiu już przeczytał, znajdzie w tej książce coś dla siebie odkrywczego. Mnie osobiście bardzo fascynuje język, jakim abp Sheen wyjaśnia nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia. Robi to w sposób bardzo obrazowy i czytelny, pełen porównań do zwykłego życia. To był zresztą jeden z charyzmatów arcybiskupa – umiejętność wytłumaczenia w prosty sposób różnych teologicznych zawiłości.
    Jeśli jeszcze nie znacie arcybiskupa Sheena – koniecznie to nadróbcie. W Polsce ukazuje się coraz więcej książek jego autorstwa, na YouTube znajdziecie też kilka jego telewizyjnych wystąpień. Polecam z całego serca.
  3. Gaudete et exultate, papież Franciszek
    Polecać do czytania adhortację? Oficjalny dokument Watykanu? Przecież tego się pewnie nie da czytać! Idę o zakład, że jest ktoś, kto tak pomyśli. A to kompletna nieprawda. Aby się o tym przekonać wystarczy sięgnąć choćby po adhortację „Gaudete et exultate” papieża Franciszka.
    Ta adhortacja to przepiękny tekst o świętości. W cudownie prosty i przekonujący sposób pokazuje, że świętość to nie nagroda dla wybranych, ale powołanie dla wszystkich. Że aby zostać świętym wcale nie trzeba robić nie wiadomo jakich rzeczy, ale wystarczy po prostu być mistrzem w swojej codzienności. Codzienności pełnej prania, sprzątania, prasowania, pracy, odwożenia dzieci do przedszkola, chodzenia na wywiadówki, kłótni i godzenia się z mężem/żoną… Robiąc te rzeczy z zaangażowaniem i miłością można osiągnąć świętość. Żeby zostać świętym nie musimy być papieżem ani założycielem organizacji dobroczynnej. Nie, ja mam być pierwszym świętym Erykiem Markowskim, ty masz być pierwszą świętą Heleną Nowak, pierwszym świętym Janem Kowalskim itd. O tym wszystkim jest adhortacja „Gaudete et exultate”. Sięgnijcie po nią. Naprawdę warto. 

A gdybyście wy mieli wybrać kilka najważniejszych dla was książek to jakie by to były tytuły? Podzielcie się nimi w komentarzach. 🙂


Wpis powstał we współpracy z portalem bestread.pl