Marzenie o fryzjerze i wiertarce

Marzenie o fryzjerze i wiertarce

Pomaganie nie jest trudne. Chyba wszyscy lubimy innym na różne sposoby pomagać. Zwłaszcza teraz, w okresie przedświątecznym nasze serca są jakby szerzej otwarte na potrzeby innych. Warto nie gasić i nie bagatelizować tego odruchu. 17 listopada została otwarta baza rodzin Szlachetnej Paczki. Może warto w tę stronę skierować swoją chęć pomocy?

Fanem pomocy organizowanej przez Szlachetną Paczkę jestem od kilku lat. Przez jakiś czas byłem jej wolontariuszem, wiem więc mniej więcej jak to wygląda od środka. Podczas swojej przygody z Paczką zetknąłem się z taką biedą i taką miłością, których do i od tamtej pory nie doświadczyłem. Dziś chcę się z wami podzielić jedną historią, która gdzieś we mnie pozostała. Wszystko po to, by skłonić was choćby do rozważenia pomocy którejś z rodzin oczekujących wsparcia.

Był zimny listopad 2014 roku. Szedłem razem z Olą, moją współwolontariuszką na rozmowę do jednej z rodzin. Informacje miałem szczątkowe – rodzina wielodzietna, bieda, adres zamieszkania. Pamiętam, że trochę błądziliśmy zanim znaleźliśmy dom. Prosty, drewniany, niski, z furtką wylatującą z zawiasów. Przez jego gospodynię zostaliśmy przywitani niezwykle serdecznie i zaproszeni do jednego z dwóch pokoi, pełniącego funkcję salonu, jadalni i sypialni. W środku ósemka dzieci. Mąż gdzieś w pracy, ona nie może jej podjąć, bo nie ma z kim zostawić dzieci. Rodzice obojga nie żyją, nie ma żadnych dziadków, cioć. Od razu widać, że pomoc bardzo się przyda. Tak też się stało, rodzina została włączona do projektu.

Skąd wziął się ich kryzys? Sytuacja bardzo prosta – rodziło się coraz więcej dzieci, co generowało też większe wydatki. W pewnym momencie któreś z małżonków musiało zrezygnować z pracy, aby zająć się dziećmi i domem. Stanęło na niej, on zarabiał więcej. Ona pracowała wcześniej jako krawcowa. W międzyczasie próbowała dorabiać na kasie w Biedronce czy w Tesco. Gdy zachodziła w kolejną ciążę, szła na urlop macierzyński, po którym ją zwalniano. Tak pieniędzy zaczęło brakować. Dzieci chodziły w ciuchach po starszym rodzeństwie, niejednokrotnie chłopcy w odzieży po siostrach i na odwrót. Każdy wydatek był skrzętnie odnotowywany w prowadzonym przez nią zeszycie. Od czasu do czasu mogli sobie pozwolić na luksusowy wydatek, jakim był na przykład baton za 3 zł.

Podczas rozmowy wolontariusza z rodziną zawsze musi paść pytanie o to, co każdy z jej członków chciałby dostać w prezencie. Zawsze bardzo lubiłem ten moment. Po nim najlepiej widać czy rodzina powinna być włączona do projektu. Dzieci z odpowiedzią na to pytanie nigdy nie mają problemu. Bywa, że wolontariusz nie nadąża spisywać wszystkich ich marzeń. Bo paczka to nie tylko pomoc doraźna w postaci makaronów, ryżów, kasz i proszków do prania. To też prezent, który ma pokazać, że ci ludzie są dla kogoś ważni, że ktoś przejął się ich historią. Dorośli zwykle w pierwszym odruchu proszą o coś dla dzieci, rzadko dla siebie. Wtedy powinnością wolontariusza jest takie poprowadzenie rozmowy, by wydobyć te pragnienia, które gdzieś tam w serduchu siedzą. W opisanej historii było podobnie. Gdy trochę pociągnąłem rodziców tej gromadki za język dowiedziałem się co chcieliby otrzymać. Pani marzyła o wizycie u fryzjera, u którego nie była 2 lata, pan zaś marzył o wiertarce i zestawie narzędzi.

Takich historii w Szlachetnej Paczce jest więcej. Takich rodzin wokół nas jest więcej. Tylko my sobie nie zdajemy z tego sprawy. Jesteśmy zapatrzeni we własne nosy i smartfony i ich nie dostrzegamy. Dlatego jeśli choć trochę poruszyła was ta historia to wejdźcie na stronę www.szlachetnapaczka.pl, poczytajcie historie rodzin i może zaproponujcie zrobienie paczki wśród swoich znajomych, w pracy czy na uczelni? Jako były (i mam nadzieję, że jeszcze przyszły) wolontariusz gwarantuję wam, że wasza pomoc nie pójdzie na marne, a wy przyczynicie się do zmiany czyjegoś świata.

Więc jeszcze raz – www.szlachetnapaczka.pl. Wpadajcie tam i róbmy dobro.