Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie

W końcu obejrzałem film „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”. Od premiery już trochę czasu upłynęło, wiele słów już zostało o nim powiedzianych i napisanych. Chcę jednak podzielić się z wami swoimi wrażeniami. Na tym blogu nigdy jeszcze takie teksty się nie pojawiały, więc mam nadzieję, że dobrze go przyjmiecie.

Zanim obejrzy się nowe „Gwiezdne wojny” trzeba zapoznać się ze wstępnym opisem fabuły. Jest to ważne dlatego, że w pewnym sensie one…wcale nie są nowe. „Łotr 1” bowiem to prequel. Oznacza to, że przedstawia on historię dziejącą się przed wydarzeniami z głównej części fabuły. Warto to wiedzieć, żeby podczas seansu nie być zaskoczonym brakiem najpopularniejszych postaci. No i pozwala to lepiej przyjąć zakończenie, ale o tym ani słowa 🙂

Trzeba przyznać, że sam pomysł nakręcenia prequela jest bardzo ciekawy. W głównej osi fabuły całych „Gwiezdnych wojen” jest bowiem kilka wątków, które zostają niejako narzucone. Prequel pozwala podejrzeć to, co do niektórych wydarzeń doprowadziło. W „Łotrze” takim głównym motywem jest budowa śmiercionośnej broni – Gwiazdy Śmierci. Ma ona zostać użyta przez Imperium przeciwko Rebeliantom. Żołnierze Imperium nie wiedzą jednak, że broń ma pewną wadę. Jej poznanie pozwala na całkowite zniszczenie Gwiazdy Śmierci. Rebelianci dowiadują się o istnieniu tej wady, aby jednak pokrzyżować plany Imperialistom muszą wykraść plany broni. Tak w dużym skrócie przedstawia się fabuła filmu.

Mnie „Łotr 1” wciągnął już od pierwszej klatki filmu. Ogromna w tym zasługa zdjęć i wciągającej fabuły. Patrząc powierzchownie wydawać się może, że to kolejna historia o walce dobra ze złem. Rzeczywistość jednak nie jest aż tak czarno-biała. Główni bohaterowie filmu nie są bowiem klasycznymi czystymi jak łza rycerzami stającymi w obronie uciśnionych. Jyn Erson, pierwszoplanowa postać w filmie, to osoba mająca kłopoty z prawem. Przebywa w więzieniu, z którego zostaje uwolniona przez Sojusz, aby doprowadzić szpiega Rebeliantów do jej ojca, który jest głównym odpowiedzialnym za budowę Gwiazdy Śmierci.

Oczywiście „Gwiezdne wojny” to film, który poza świetlnymi mieczami słynie z robotów. R2D2 czy C3PO nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. W „Łotrze 1” pojawia się K-2SO – były droid Imperium, przeprogramowany przez Rebeliantów. Jest sarkastyczny i bardzo sympatyczny. Dialogi z jego udziałem niejednokrotnie wywołują uśmiech na twarzy.

Pokuszę się o stwierdzenie, że „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” to film o tym, że każdy zasługuję na to, by mu zaufać. Jyn Erson nie cieszy się od początku sympatią Rebeliantów. To ona namawia Sojusz na kradzież planów Gwiazdy Śmierci. I nie są oni zachwyceni tym planem. Wydawać by się mogło, że nic nie da się już zrobić. Na całe szczęście okazuje się, że jest grupka postaci, które jej wierzą i chcą z Jyn wyruszyć w drogę. Wierzą jej pomimo tego, że nie udało jej się przekonać sprawującego władzę Senatu do swojego planu.

O tym, że efekty specjalne są zrobione bardzo dobrze, chyba nie muszę pisać. No ale napisałem, więc wiedzcie, że tak jest. Są wybuchy, bomby, blastery, kosmiczne statki, planety… Wszystko, co fani „Gwiezdnych wojen” lubią. Zrobione w bardzo dobry, przyjemny w odbiorze sposób. Przynajmniej w wersji 2D, którą widziałem.

Czy „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” to dobry film? Odpowiedź jest oczywista – 3 razy TAK! Polecam go każdemu, nie tylko fanowi „Gwiezdnych wojen”. Jeśli w waszym kinie grają jeszcze ten film – idźcie, gwarantuję bardzo dobrą rozrywkę.
Niech Moc będzie z wami!

Z Bogiem!
+

  • Film po prostu dobry, sporo lepszy od ostatniej części . Vader ma swoje kilka minut, używa mocy raz a dobrze. Tylko ta maska jakas taka dziwna. Świetne postaci tego przeprogramowanego droida Imperium i ślepego, który wierzył w Moc, która jest w nim silna. Ciekawie zrobione zbliżenia zniszczeń po uderzeniach Gwiazdy Śmierci. Rebelia, ktora trwa dzieki uporowi jednostek, a wlasciwie przy poddaniu sie juz troche przez decydentow Sojuszu. No i właściwie brak happy endu co do głównych bohaterów – choć pozostaje nadzieja, o której przekonuje trochę dziwacznie nienaturalnie przeklejone zdjęcie księżniczki Lei sprzed pewnie ok. 35 lat (przykro, aktorka zmarła kilka dni temu).

    • Eryk Markowski

      Brak happy endu moim zdaniem jest tu całkowicie uzasadniony. Pamiętajmy, że to prequel więc każda postać, która by przeżyła, powinna pojawić się potem już we właściwej historii.
      Myk z Leią moim zdaniem całkiem udany – jasne, było widać, że to przeklejenie, ale to tylko jedna, króciutka scena. Ciekaw jestem kolejnej części prequela, bo tam podobno Lei ma być więcej.

      • A w ogóle – podobno to nie przeklejenie Carrie FIsher, tylko jakaś inna aktorka, ucharakteryzowana na nią. W każdym razie – dziwacznie wyszło 😀