Ksiądz Jan Kaczkowski – wspomnienie + KONKURS!

IMG_2192

Jest jedna rzecz, która z całą pewnością wydarzy się w życiu każdego z nas – śmierć. To jedyne wydarzenie, które czeka każdego – dużego i małego, grubego i chudego, katolika i muzułmanina, kobietę i mężczyznę, Europejczyka i Afrykańczyka. Nie wiemy, kiedy ona po nas przyjdzie. Czy po długiej chorobie, która pozwoli nam przygotować się na odejście, czy wręcz przeciwnie – jak złodziej w nocy, niespodziewanie, nagle. Dlatego tak ważne jest, by być na nią przygotowanym w każdym momencie swojego życia.

Jak przygotować się na śmierć? To pytanie, które każdy powinien sobie chociaż raz w życiu zadać. Odpowiedź na nie moim zdaniem jest bardzo prosta. Trzeba żyć tak, żeby śmierć nas nie zaskoczyła. Co to znaczy? Nie zostawiać żadnych niezałatwionych spraw, nie odkładać ważnych rozmów na wieczne jutro. Nie czekać ze spowiedzią jeśli jej potrzebujemy. Nie wstydzić się okazywać uczuć. Żyć tak, żeby po naszej śmierci ludzie wspominali nas po prostu dobrze, żeby mogli o nas szczerze powiedzieć: „to był dobry człowiek”.

Śmierć w życiu jest czymś pewnym. Gdy rodzi się nowy człowiek to jedyne, co możemy z całą pewnością powiedzieć o jego życiu to że kiedyś się zakończy. I nie jest to wbrew pozorom jakaś fatalistyczna wizja, tylko stwierdzenie faktu. Tak jak po nocy przychodzi dzień, po czwartku piątek tak każde życie kończy się śmiercią. My katolicy wierzymy jednak, że śmierć to nie koniec, ale etap. Często mówi się o niej, że to powtórne narodziny, narodziny dla Nieba. Jest w tym coś pięknego. Wizja śmierci jako nie końca, ale nowego początku.

W chwili śmierci często wzywamy wstawiennictwa świętych. Wierzymy w to, że ich modlitwa może pomóc umierającej osobie. Najpopularniejszym chyba patronem dobrej śmierci jest św. Józef. Wzywana jest również Matka Boża, przy konającym odmawiana jest litania do wszystkich świętych. Mam takie wrażenie, że do grona osób, których pomocy możemy przyzywać w chwili śmierci, dołączył ks. Jan Kaczkowski. Oczywiście, nie mamy żadnej pewności co do tego, czy jest w Niebie, mam jednak głęboką nadzieję, że tam jest. A jeśli tak to chyba zgodzicie się ze mną, że chyba nikt ze współczesnych nam osób nie nadaje się na patrona osób umierających tak jak on – ksiądz, szef hospicjum, który na tamtą stronę odprowadził setki osób, sam śmiertelnie chory, zmarły w młodym wieku, kiedy mógł jeszcze tyle zdziałać. Autor vloga, świetny kaznodzieja. Wszyscy pamiętamy go chyba jako dobrego, zakochanego w Bogu i liturgii, niezwykle oddanego Kościołowi i swojej pracy człowieka.

Gdy myślę o ks. Janie Kaczkowskim przypomina się moje jedyne z nim spotkanie. To było w Radomiu, latem podczas spotkania autorskiego po premierze jego książki „Życie na pełnej petardzie”. Po formalnej części spotkania przyszedł czas na podpisywanie książek, wspólne zdjęcia, rozmowy itp. Organizatorzy przygotowali dla niego stolik, jednak ks. Kaczkowski uprzejmie poprosił, aby stosowne miejsce przygotować mu na zewnątrz. Oczywiście prośba została spełniona, jednak on nie od razu zasiadł do stolika. Przeprosił wszystkich na 5 minut i przeszedł przez ulicę do pobliskiej restauracji. Wrócił z…kuflem piwa w ręce. I dopiero teraz usiadł i spokojnie, z uśmiechem na ustach, podpisywał książki, rozmawiał, robił sobie zdjęcia z ludźmi. Paradoksalnie niezwykle mi tym wtedy zaimponował. Trzeba być niezwykle wolnym wewnętrznie człowiekiem, aby coś takiego zrobić. Warto nadmienić, że ks. Jan przez cały czas był w koloratce.

O księdzu Kaczkowskim powiedziano i napisano już dużo. Chciałbym wam jednak polecić książkową nowość od wydawnictwa Czerwone i Czarne – „Czekam na Was, ale się nie spieszcie. Ks. Kaczkowski we wspomnieniach rodziny i przyjaciół”. Mam dla was 3 egzemplarze tej książki. Aby je zdobyć opowiedzcie o swoich wspomnieniach związanych z ks. Janem. Co wam najbardziej zapadło w pamięci, jakieś jego słowo, zachowanie? A może czymś was zdenerwował? Krótko mówiąc – podzielcie się swoim wspomnieniem o księdzu Janie Kaczkowskim. Odpowiedzi udzielajcie w komentarzach na blogu pod tym postem. Jestem niezmiernie ciekaw waszych opowieści. Czekam na nie do soboty do 23:59. W niedzielę o 20:00 podam nazwiska zwycięzców.

Z Bogiem!
+

 

  • Angelika Wyrwich

    Dopiero teraz udało mi się z powodzeniem zalogować, by dodać komentarz. Więc moim wspomnieniem związanym z ks. Janem i to, co było w nim chyba najbardziej autentyczne, do czego namawiał zarówno w książkach jak i na kazaniach i w wypowiedziach do mediów to przytulenie. Sama zostałam mocno przytulona podczas spotkania autorskiego, gdy poprosiłam o zdjęcie. Powiedział wówczas, że nie będziemy przecież tak sztywno stać obok siebie jak posągi i że ludzie potrzebują czułości i przytulenia a bardzo nam tego w dzisiejszych czasach brakuje. On nie tylko do tego namawiał, ale naprawdę tym żył i to robił – przekazywał ludziom dobro nawet w takich prostych gestach jak przytulas 🙂 A obszerniejsze wspomnienie znajdziesz na moim blogu: http://www.dzieki-bogu.pl/2016/03/szybko-bo-chciabym-juz-pojsc-spac.html https://uploads.disquscdn.com/images/b9b368a32c2d939d0b47efb1542720d18453f6ec98e5b959bbf980509dae8914.jpg

  • Gosia M

    Niestety nie miałam przyjemności spotkania osobiście księdza Jana, ale czytanie książek o nim i wywiadów z nim było dla mnie swoistym spotkaniem z nim, taką możliwością obcowania z kimś, kto był dla mnie niezwykłą inspiracją. I z jednego z takich właśnie „spotkań” z Nim zapadła mi w głowie anegdota, którą opowiadał – o telefonie dzwoniącym w czasie odprawianej przez niego Mszy. Pośród tych wszystkich mądrych słów i ciekawych historii, które do nas słał, ta jedna szczególnie utkwiła mi w głowie i zapadła w serce, bo mocno uderzała w moje ciągłe ocenianie innych i komentowanie ich zachowań. Wyobraziłam sobie jak głupio musiało Mu się zrobić przy niedzielnym obiedzie, po jego pełnych wzburzenia słowach, kiedy usłyszał od swojej ukochanej Matki, że to była właśnie Ona z tym nieszczęsnym telefonem. Od tego czasu ocenianie i komentowanie zachowań innych przestało przychodzić mi z taką łatwością i pozwoliło jeszcze z większą miłością patrzeć na każdego spotkanego człowieka – bez zbędnych uprzedzeń, osądów. Moim wspomnieniem z Nim (chociaż nie z osobistego spotkania) jest właśnie ta anegdota 🙂

  • Na początku słowo wyjaśnienia. Piszę o nim per Jan, ponieważ poznaliśmy się wiele lat temu, w zamierzchłej dość przeszłości (czyli w latach 90. XX wieku), kiedy zaczynał dopiero seminarium, chyba po I roku. Okoliczności? Bardzo piękne – łaziliśmy razem po górach, wędrując po Tatrach. Ot, ta sama „meta” w okolicy Zakopanego, moi rodzice znali dobrze jego rodziców etc.

    Potem widywaliśmy się rzadko. Właściwie na odległość obserwowałem, i – nie ukrywam – podziwiałem to, co Jan robił; im dalej, tym bardziej. A kiedy nadeszła choroba – wow! on nie usiadł, nie załamał się, nie zamknął w swoim pokoju, tylko jedzie dalej, zasuwa, pracuje, nie użala się. Robił swoje.

    Ktoś mógłby zapytać – co taki facet mógł zrobić dobrego? Oj, mógł, i zdziałał – więcej niż wielu innych, w tym księży, razem wziętych. W tym roku obchodził by 14. rocznicę święceń – niestety, nie doczekał. A jednak od zera zbudował ze współpracownikami nowoczesne hospicjum w Pucku, w którym też do końca swoich dni, pomimo choroby od 2012 r., posługiwał (z pomocą jednego z księży pracujących w Pucku).

    Tak, nieporadny fizycznie od dziecka. Z ogromną wadą wzroku, która – nie da się ukryć – utrudniała życie, tym bardziej duchownemu. Nigdy nie szukał taryfy ulgowej – co więcej, naciskał, żeby brać się w garść, wykorzystać nogi i ręce na tyle, na ile człowiekowi Bóg pozwala, i robić. Ukończył seminarium, choć wielu się śmiało, że z taką wadą wzroku nie ma czego szukać (sam przytaczał dyskusję na swój temat, pół żartem, ale jednak boleśnie: „A pieniądze widzi? Widzi! To święcić!”). Jak to się ładnie mówi, nie otrzymał misji kanonicznej – czyli nie pozwolono mu uczyć w szkole – też z powodu wzroku… Trafił jako kapelan do szpitala. Bardzo szybko się doktoryzował z zakresu teologii moralnej – opowiadał, że targował się z Panem Bogiem, żeby mu pozwolił może jeszcze habilitację zrobić? Nie zdążył jednak, tak samo jak napisać czwartej – po „Nie ma szału, jest rak”, „Życie na pełnej petardzie” i „Grunt pod nogami” – książki. O sprawach ważnych i trudnych.

    Człowiek działający na pograniczu: życia i śmierci (hospicjum, bioetyka), ale i bardzo często w miejscach, gdzie ludziom Kościoła było nie po drodze (Przystanek Woodstock). Uwielbiany przez ludzi swieckich za swoją bezpośredniość, nie zauważany przez „swoich”, innych kapłanów. Sprawiedliwość przy grobie oddał mu ten, który udzielił mu święceń, abp Tadeusz Goclowski (zmarł niespełna 2 miesiące po Janie), nazywając Jana świętym na miarę naszych czasów. Święty nie polukrowany, z aureola, błędnym wzrokiem wzniesiony do nieba i oderwanym od rzeczywistości. Konkretny, autentyczny, czasami zwyczajnie szorstki.

    Mówił, że o cud można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. Coś w tym jest. Trzeba działać, a nie użalać się nad sobą.

    Święty Jan Kaczkowski od życia na pełnej petardzie – tyle, ile Pan Bóg da sił, pięknie, mądrze, dla innych. Święty nie do zachwycania, ale naśladowania.

  • Weronika

    Niestety nie miałam okazji spotkać ks. Jana na żywo, spotykaliśmy się dzięki jego książkom 🙂 Najbardziej w pamięci zapadło mi to, co ks. Jan pisał w „Życiu na pełnej petardzie”. Wzbudzał we mnie wiele pozytywnych emocji, szczególnie dzięki swojemu poczuciu humoru 🙂 Nie bał się poruszać trudnych tematów, mówił otwarcie o problemach w Kościele, które można łatwo zauważyć. Niedawno przypomniały mi się słowa ks. Jana o idealnym kazaniu (dobry wstęp, super zakończenie i jak najmniej pomiędzy nimi) – po prostu mistrzostwo, trafia w sedno a przy tym pisze to z taką prostotą.

    Nie sposób nie wspomnieć o przykładzie życia ks. Jana. To, jak walczył z chorobą, jakie miał do niej podejście, jak mimo trudności cieszył się życiem jest dla mnie ogromną motywacją. Sama często poddaję się przy najmniejszych problemach, narzekam, że mam źle, że moje życie jest do niczego… Ks. Jan pokazuje mi, że nie tędy droga. Nie warto marudzić, płakać, narzekać, lepiej wstać, wziąć się w garść, zjeść trochę polędwicy (no dobra, osobiście od mięsa wolę słodycze :D) i walczyć o życie na PEŁNEJ PETARDZIE! Dzięki ks. Janowi moje życie naprawdę zmienia się na lepsze, w końcu naprawdę zaczynam żyć 🙂

  • Aneta Kwietniewska

    W 2012 roku w telewizji został wyemitowany reportaż o księdzu Janie. Rozmowa z dziennikarką dotyczyła hospicjum,choroby i śmierci. To nagranie oglądała moja mama, która bardzo zainteresowała się i podzieliła ze mną wrażeniami o tym niezwykłym kapłanie nazywającym siebie onkocelebrytą. Po jakimś czasie zainspirowana słowami mojej mamy zaczęłam szukać artykułów, reportaży, książek… I tak jest do tej pory. Nieustannie szukam inspiracji w osobie księdza Jana. Do tego stopnia,że pierwszą myślą po przeprowadzce do Gdańska było odwiedzenie jego grobu. Po pierwszym dniu, z samego rana, udałam się na peron trójmiejskiej SKM-ki i pojechałam do Sopotu. Odnalazłam cmentarz, na którym znajduje się grób księdza Jana. Dla mnie było to niesamowite przeżycie. Zdałam sobie sprawę jak wielki wpływ na moje życie mają słowa, czyny i gesty osoby, której niestety nie mogłam poznać osobiście. Moją uwagę zwróciła duża ilość kwiatów, która świadczy o sympatii i szacunku ludzi do księdza. Były tam również fragmenty słów księdza Jana. Przy grobie zostawiłam swoją modlitwę, zadumę i słonecznik 🙂

    Dla mnie ksiądz Jan jest ( bo on nadal jest, żyje w naszych sercach i wspomnieniach ) osobą pełną optymizmu, autentyczności i szczerości. Podziwiam wypowiedzi pełne humoru i dystansu do ówczesnej dla niego rzeczywistości. Wiele zdań księdza Jana jest dla mnie ważnych,ale najbardziej zapadło mi w sercu : ,,Nie bójcie się bliskości. Nie czekajcie, bo jest coraz później, kochajcie teraz ”. Te zdania są dla mnie bardzo ważne, ponieważ idealnie pasują do obecnej sytuacji w moim życiu. Będąc na studiach, daleko od domu, doceniam chwile bliskości i miłości w mojej rodzinie. Nie chcę czekać, chcę kochać TERAZ.

    Ksiądz Jan jest wzorem do naśladowania nie tylko dla księży, ale dla nas wszystkich. Za jego przykładem chcę żyć na pełnej PETARDZIE ! 🙂

  • Pierwsze moje „spotkanie” z ks. Janem to lektura wywiadu (nie pamiętam gdzie) w którym opowiadał, jak mogliby oswajać myśli o potencjalnej śmierci kogoś bliskiego. Wybrażać sobie ją jako realną, jako coś, co może zdarzyć się w każdej chwili. Bardzo mi ulżyło, bo jako mama trójki dzieci zdarzało mi się wyobrażać sobie, co by było, gdyby… I wyobrażałam sobie nieszczęścia, jakie mogłyby spotkać mnie czy dzieci. Miałam wtedy wyrzuty sumienia, jakobym „wywoływała wilka z lasu”. A ks. Jan „uprawomocnił” te moje czarne myśli, sprawił, że zaczęłam traktować je jako swego rodzaju terapię prewencyjną, na wypdek gdybym musiała zmierzyć się z prawdziwym nieszczęściem.
    Inne słowa ks. Jana, które utkwiły mi w pamięci to „Jakość, a nie jakoś”, oraz częste wspominanie, że trzeba się przytulać. Ks. Jan podkreślał, że lubi się przytulać i twierdził, że wiele naszych problemów w ludzkich relacjach rozwiązywałoby się łatwiej, gdybyśmy się częściej przytulali (nawet napisałam zainspirowane tym dwa artykuły na moim blogu :-)).
    Bardzo mi też utkwiły słowa ks. Jana z książki „Dekalog” – zasłyszane przez księdza od umierającego pacjenta: „Rodzice pownni dać swoim dzieciom dwie rzeczy: korzenie i skrzydła.”.
    Pozdrawiam i dziękuję za artykuł!

  • Patrycja Iwaszkiewicz

    Cześć, no więc ja nie miałam tak super okazji jak Ty żeby poznać ks. Jana twarzą w twarz. Jedynie dane było mi go poznać poprzez różne strony internetowe. Czytałam różne jego teksty i oglądałam filmy dostępne na yt. Ks. Jan wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, był on dla mnie pozytywną i mega silną osobą, ponieważ wiem, że wiele osób w obliczu choroby się załamuje i obwinia często Boga z zapytaniem „czemu ja?” Z jego postawy można się wiele nauczyć, ks. Jan pokazał, że mimo iż był chory to żył na pełnej petardzie i do tego był tak blisko Boga. Był on naprawdę wyjątkowym człowiekiem, myślę, że w pełni spełniał misję która została mu zlecona przez Pana Boga. Jak wiemy mógłby jeszcze wiele lat żyć, ale taka była wola Pana, widocznie taki dobry człowiek był potrzebny w Niebie, aby tam służyć Bogu. Teraz ksiądz pewnie patrzy na nas z Nieba i pomaga tym, którzy słabną mówiąc: DASZ RADĘ! ŻYJ NA PEŁNEJ PETARDZIE! Mój ulubionym cytatem księdza to: „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje.” Uwielbiam ten cytat, przypomina mi o tym żeby przestać się martwić o wszystko i czekać, ale trzeba zacząć żyć naprawdę, przypomina mi też o tym jaki był ksiądz, ksiądz Jan nie kazał tracić żadnej chwili, kazał korzystać z życia jak tylko się da, ludzie go pokochali za bycie sobą, za bycie szczerym, życzliwym, uśmiechniętym. Mam nadzieję, że spotkamy się w Niebie i będę mogła uściskać go i podziękować za całą dobrą robotę, którą wykonał na ziemi. Pozdrawiam. 🙂 /zakochana_w_Jezusie

  • Aleksandra

    Siedziałam w swoim fotelu w pokoju, jak zwykle przeglądałam jakieś materiały do pracy licencjackiej i między nimi zapodziała się karteczka z pięknymi słowami … ” szukajcie bliskości nawet za cenę zranień. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni do szczęścia…” – to słowa ks. Jana, którego już nie było tu na ziemi. siedząc tak pomyślałam co mu zawdzięczam… poznałam Go w momencie kiedy sama stałam pod ścianą choroby, lekarze podejrzewali u mnie różne dziwne, a wręcz śmiertelne choróbska. byłam wtedy coraz słabsza i mniej zmotywowana do ciągłej walki, szukania przyczyn tego co się dzieje. Wtedy pierwszy raz wzięłam do ręki jego książkę – wywiad „Szału nie ma jest rak”. Po przeczytaniu poczułam, że muszę walczyć, całe życie przedemną, nie mogę się już na starcie poddać. I nie poddałam się. Później ks. Jan i jego słowa towarzyszyły mi na dalszej drodze, lubiłam jego wywiady, rozmowy, kazania. Był on dla mnie człowiekiem wskazującym, że życie trzeba przeżyć a nie przewegetować, że należy je kochać i czerpać z niego. Kolejne publikacje na stałe zagościły w mojej domowej biblioteczce. Do dziś nie zapomnę łez mojej mamy po przeczytaniu „Życie na pełnej petardzie”.
    Człowiek, którego nigdy nie poznałam osobiście, nie podziękowałam za podnoszenie mnie na duchu PODZIWIAM i SZANUJĘ! za ciągły entuzjazm życia, za niesienie Chrystusa tym opuszczonym przez świat, schorowany, za mówienie prosto i jakże dosadnie o tym co najważniejsze!
    dobrze, że na tym świecie są tacy ludzie jak ks. Jan (są bo On ciągle żyje w pamięci, słowach, książkach…)
    Dziękuję!
    „…zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż Ci się wydaje…”
    PS. i znow siedze w fotelu 😉

    • Eryk

      Hej 🙂 Serdecznie gratuluję wygranej! Proszę o podanie adresu w wiadomości prywatnej na FB Przez Pryzmat Wiary. Pozdrawiam 🙂

  • Kamila Grotnik

    Mi najbardziej zapadły słowa Księdza Kaczkowskiego ; „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”. Musimy pamiętać o tym ,że każdy dzień może być naszym ostatnim dniem i nie warto się martwić jutrem tylko trzeba zacząć żyć i spełniać marzenia dzisiaj . Dlatego powinniśmy cieszyć się każdą chwilą .Ksiądz Jan Kaczkowski pomimo choroby był wdzięczny za swoje życie umiał pomóc drugiemu człowiekowi i nie pragnął nic w zamian .Moim zdaniem ks jest bardzo dobrym przykładem jak powinniśmy i my postępować w swoim życiu nie liczyć nic w zamian tylko pomagać bezinteresownie i czerpać z tego radość bo nie wiemy co nas czeka jutro.

  • Aneta Wygonna

    Mnie zdenerwował i to bardzo, bo wyśmiewał działanie charyzmatyczne w Kościele i uważał, że to teatrzyk, że Pan Bóg nie uzdrawia w taki sposób. Ja doświadczam uzdrowienia na Mszach o uzdrowienie właśnie poprzez posługę charyzmatyczną. Mój jeden guz w mózgu zniknął całkowicie, a na niego nie było żadnych leków, a drugi zmniejszył się o 1 mm. Lekarze byli bezradni i nie potrafią mi pomóc. A na Mszy Świętej o uzdrowienie było poznanie, że Jezus uzdrawia z guzów w mózgu. Poza tym działanie charyzmatyczne jest opisane w 1 Kor 12 i 14. To wszystko jest w Piśmie Świętym, więc to nie jest teatrzykiem ani udawaniem. Ja od 6 lat doświadczam mocno takiego działania Boga. Zostałam uzdrowiona z alergii i kataru siennego, chociaż według medycyny są to nieuleczalne choroby…