Kicia

Kicia

Pamiętam, że nie mogliśmy znaleźć dla niej imienia. Ilekroć jakieś wymyślaliśmy i tak wszyscy wołali na nią „kicia”. Postanowiliśmy więc, że to będzie jej imię. Kicia. Tak po prostu. Dziś po nieco ponad 4 latach swojego życia Kicia odeszła do kociego raju.

Razem z bratem zawsze chcieliśmy mieć kota. Rozmawialiśmy o tym parę razy z rodzicami. Tata był chętny, mama raczej nie. Bo kto będzie po nim sprzątał, kto będzie się nim zajmował, kto będzie karmił, bo pewnie wszystkie obowiązki spadną na nią itp. Znam jednak swoją mamę, wiem, że żeby ją do czegoś przekonać trzeba ją czasem postawić przed faktem dokonanym. Tak też się stało. Któregoś majowego dnia 2015 roku tata wrócił z pracy z tajemniczym pudełkiem. W pudełku była ona – nasza już Kicia.

Koty są różne. Chyba wszyscy o tym wiemy. Są mniej i bardziej przyjazne, leniwe i bardziej aktywne, towarzyskie i aspołeczne. Nam się trafił najczulszy i najsłodszy egzemplarz na świecie. Nasza Kicia była kotem towarzyskim, przywiązującym się do ludzi i potrafiących to okazać. Najbardziej upodobała sobie towarzystwo mojego brata. Jego najczęściej zaczepiała, żeby się z nią bawił, do niego przychodziła gdy w misce zabrakło karmy, jemu najczęściej wskakiwała na kolana, jemu pozwalała na takie formy zabawy ze sobą na które nie pozwalała nikomu innemu. Na ich wygłupy patrzyliśmy zawsze z ogromną radością.

Nie znaczy to jednak, że Kicia ignorowała pozostałych domowników. O nie. Codziennie rano przychodziła do mojej mamy, kładła się na/obok niej i tak leżały. Mojemu tacie wskakiwała na brzuch i mruczała. Jak drapała moje łóżko i odwracała się do mnie tyłem to był znak, że chce być wzięta na ręce. Podniesiona z zadowoleniem sadowiła się na rękach i energicznie majtała ogonem. Miała różne zabawki, najlepsze zawsze jednak były dwie – laser i kawałek papieru. Mogła za nimi ganiać długo.

Kochaliśmy ją w domu wszyscy. Stała się dla wszystkich ważną częścią domu. Dbaliśmy o nią, troszczyliśmy się najlepiej jak potrafiliśmy. Nie brakowało jej niczego. Była ogromną radością dla wszystkich. Jej pojawienie się w naszym domu wprowadziło mnóstwo ożywienia. Nagle zeszły na dalszy plan różne problemy. Cieszyła nas wszystkich, gdy była tak mała, że mieściła się na dłoni. Cieszyła gdy podrastała, gdy wskakiwała na meble, gdy starała się zwracać na siebie uwagę.

Niestety Kici nie dane było długie życie. Jakiś czas temu zauważyliśmy na jej pyszczku mały guzek. Nie wiedzieliśmy co to, może się gdzieś uderzyła, może na balkonie ją coś użądliło? Nikt nie był przygotowany na to, co usłyszeliśmy od weterynarza – może to być nowotwór. Biopsja co prawda nic nie wykazała, ale guz rósł. Urósł do naprawdę ogromnych rozmiarów. Dla wszystkich powoli stawało się jasne do czego to wszystko zmierza.

Dziś Kicia została uśpiona. Guz na jej pyszczku przeszkadzał już w oddychaniu, od paru dni też nie jadła. Zrobiliśmy dla niej wszystko co się dało. W końcowym etapie swojego życia dostawała od każdego ogrom czułości i troski. Tak naprawdę oddawaliśmy to, co od niej dostaliśmy. Jestem bowiem pewien, że jeśli zwierzęta coś czują to Kicia kochała nas wszystkich. Bardzo często to okazywała. Wierzę w to, że jeszcze się z nią kiedyś spotkamy. Wierzę w to, że na końcu świata, gdy zapanuje nowe niebo i nowa ziemia, pojawią się na nich nasi czworonożni przyjaciele. Nie wierzę w raj bez Kici.

Dziś zostały nam już tylko i aż pamięć i zdjęcia. Mimo, że w sercu dziś goszczą głównie smutek i tęsknota, a w oczach łzy wiem jedno – zrobiliśmy dla Kici wszystko. Wierzę w to, że ona w jakiś swój koci sposób to pojmowała. I że też żal jej było nas opuszczać…