Każdy dzień jest walką

photo-1423754789617-eb7ad233da43

Będąc w Lublinie marzyłem o Krakowie. Myślałem, że przyjazd tutaj, gdzie dzieje się tyle rzeczy, na które zazdrośnie patrzyłem ze wschodu Polski, wpłynie na mnie pozytywnie. Po miesiącu mieszkania w Krakowie widzę, że to był zbytni optymizm.

Jestem osobą do szpiku kości introwertyczną i nieśmiałą. Nawiązywanie nowych znajomości przychodzi mi z trudem. Nie odnajduję się w większej grupie. Przeprowadzka do Krakowa to był skok na bardzo głęboką wodę. Nie mam tej umiejętności łatwego wchodzenia w nowe środowisko. Na KUL-u pierwsze poważniejsze znajomości zawarłem po pół roku studiowania. Tam miałem ten komfort, że była ze mną jedna znajoma osoba sprzed studiów. To z nią się trzymałem przez te pierwsze, nieporadne miesiące. Było więc mi łatwiej. Na Uniwersytet Papieski Jana Pawła II przychodziłem już sam. Czułem się i wciąż czuję jak niemowlę stawiające swoje pierwsze, nieporadne kroki, usiłujące jakoś znaleźć swoje miejsce w nieznanym świecie. Nowi ludzie, nowe miejsce. Dla introwertyka takiego jak ja to nie jest coś, o czym się marzy.

Każdy dzień to dla mnie walka. Mimo tego, że minął już miesiąc, że już poznałem kilka osób, wciąż jeszcze wyjazdy na uczelnie bywają okupione niewiarygodną ilością stresu, lęku i walki właśnie – z samym sobą, z introwertyzmem, czasem z lenistwem. Nie zawsze tę walkę wygrywam. Znalazłem jednak sposób na nabranie sił. Mam ten komfort, że moja aktualna uczelnia znajduje się w ścisłym centrum miasta, nieopodal bazyliki ojców dominikanów. Bardzo lubię w przerwach między zajęciami tam wstępować. Nie zawsze nawet się modlę. Czasem po prostu siadam w ławce i łapię dystans do swoich problemów. Pozwalam myślom przelecieć przez moją głowę, widzę, jak wiele moich lęków jest po prostu irracjonalnych. Że narzucam sam sobie jakieś schematy, wymagania, którym nie jestem w stanie podołać. Patrzę na ołtarz przed którym krzątają się postaci w białych habitach. Patrzę na ludzi wychodzących z kaplicy Matki Bożej Różańcowej, w której od rana do wieczora jedna z tych postaci siedzi i czeka i wypowiada te piękne słowa: „ja mocą Kościoła odpuszczam ci grzechy”. Jedne z najpiękniejszych słów ever. Nie muszę być idealny. Nie muszę żyć tak, aby zadowolić innych. Nie muszę robić niczego wbrew sobie. Jeśli sam będę czuł się dobrze z samym sobą wtedy inni będą się czuli tak samo ze mną. Tak mi podpowiada Najlepszy Coach.

„Bądź Mu wierny, a On zajmie się Tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!”
W prawdziwość tego zdania głęboko wierzę. W to, że mimo mojego introwertyzmu, nieśmiałości, mimo stresu i lęku, On trzyma moje życie w swojej ręce. Jedyne, co do mnie należy, to być wiernym Bogu. Nie uciekać od Niego, nie chować się jak Adam w krzakach. Mieć tę śmiałość, żeby zawsze wracać, tak jak marnotrawny syn. Wtedy, gdy wydaje mi się, że mój charakter mnie przerasta i przytłacza popatrzeć na ikonę Chrystusa ze św. Menasem, którą mam w pokoju i poprosić: „chodź ze mną, bo się boję, wstydzę, denerwuję”. On wtedy, tak jak Menasowi, położy mi swoją dłoń na ramieniu i będzie prowadził. Wcale nie oznacza to, że lęki miną. One będą. Ale przeżywane z Chrystusem nie są już takie straszne.