Dzień, na który czekam cały rok

Dzień, na który czekam cały rok

Są takie dni, na które czeka się cały rok. Dla kogoś to urodziny, może Wigilia, dla kogoś może rocznica ślubu. Kilka takich dni mam i ja. Dziś był jeden z nich. Dzień, na który czekam cały rok, na myśl o którym twarz mi się uśmiecha i czuję lekki dreszczyk ekscytacji. Ten dzień to Boże Ciało.

Boże Ciało, a właściwie Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa to jedno z moich ulubionych świąt obchodzonych w Kościele. Zawsze bardzo na ten dzień czekałem. Gdy już on nadszedł cieszyłem się w sercu jakbym dostał jakiś nieoczekiwany prezent, o którym marzyłem. Komuś może wydawać się, że przesadzam, ale naprawdę tak było i jest.

Tym, co wyróżnia Boże Ciało od innych dni w kalendarzu liturgicznym, jest procesja z Najświętszym Sakramentem. O tyle wyjątkowa, że nie prowadzi ona wyłącznie po terenie naokoło kościoła, ale wchodzi na ulice naszych osiedli. Zawsze kojarzy mi się to z życiem Jezusa, z Jego mesjańską działalnością. W ewangeliach często czytamy, że wchodził On do jakiejś miejscowości i „ciągnęły za Nim tłumy.” Czy nie tak było dzisiaj? Na początku szedł Jezus, a za Nim tłum, my wszyscy. Czy to nie jest scena wręcz z ewangelii? Czy to nie dowód na to, że Pismo Święte nie jest jakąś zamkniętą księgą, że ono dzieje się tu i teraz?

Uwielbiam bardzo przepych i teatralność procesji w dzień Bożego Ciała. Ministrantów dzwoniących dzwonkami, przeróżne feretrony niesione przez panów, dziewczynki sypiące kwiatki i powtarzające „Święty, Święty, Święty, Pan, Bóg zastępów!”. Czuć, widać, że w tej procesji musi iść ktoś ważny. I idzie kapłan niosący monstrancję z Chrystusem, pod baldachimem, podtrzymywany przez mężczyzn. Człowiek niosący Boga. Bóg pozwalający się ponieść człowiekowi. Sens tego całego dnia, tego całego świata, całej historii w rękach ludzkich. Coś przewspaniałego, takiego…historycznego, trochę starodawnego. A musicie wiedzieć, że ja ogromnie cenię i kocham te wszystkie stare i dla niektórych oklepane modlitwy. Kocham różaniec, kocham litanie, kocham te wszystkie majówki przy kapliczkach, różne nabożeństwa z kilkudziesięcioletnią historią. Cała więc „strojność” procesji w Boże Ciało przypomina mi właśnie o tradycji.

I wreszcie jeden szczególny dla mnie moment. Ma on miejsce już z powrotem w kościele, gdy kapłan umieszcza monstrancję na ołtarzu i następuje uroczyste odśpiewanie hymnu Te Deum. Powiedzieć, że kocham ten hymn to za mało. Uwielbiam ten moment gdy kilkaset osób w kościele wyśpiewuje jego słowa. Uwielbiam jego melodię wygrywaną na organach. Nie wiem co, ale ten hymn wyśpiewywany w takich okolicznościach coś we mnie robi. Zdarza się, że podczas śpiewania milknę, słucham i czasem płaczę, takie on wywołuje we mnie emocje. A najbardziej lubię jego ostatnią zwrotkę, szczególnie zaś dwa ostatnie wersy. Gdy organy brzmią jakoś głośniej, ludzie jakby z większa mocą śpiewają: „Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!” Zawsze mam wtedy ciarki. Dziś też miałem.

I teraz to znowu dzień, na który czekam cały rok.


Zachęcam do obserwowania moich profili w social media. Znajdziecie mnie na:
– Facebooku,
– Instagramie,
– Twitterze