Dlaczego jadę na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa? 4 powody

Światowe Dni Młodzieży to wydarzenie, w którym warto wziąć udział. Powodów jest cała masa. Od głęboko religijnych po wręcz matrymonialne. Osobiście nie wyobrażam sobie, by miało mnie zabraknąć w Krakowie w ostatnim tygodniu lipca. Dlaczego?

Spotkanie z papieżem Franciszkiem
Nie wszyscy być może wiedzą, że mam pozytywnie rozumianego bzika na punkcie obecnego papieża. Pontyfikat Franciszka jest pierwszym, który świadomie przeżywam. Gdy papieżem był Jan Paweł II ja byłem dzieckiem, gdy został nim kard. Ratzinger (Benedykt XVI) miałem 12 lat i średnio mnie interesowało, co się dzieje w Watykanie. W chwili ogłoszenia wyników konklawe w 2013 roku miałem 20 lat. Coś już więc rozumiałem, miałem za sobą też kilka turnusów rekolekcji oazowych, gdzie przekonałem się, że wiara to jest tętniąca życiem rzeczywistość. Papież Franciszek ujął mnie już na początku swojej posługi, gdy przed udzieleniem błogosławieństwa Urbi et Orbi poprosił o modlitwę za siebie. Potem to już potoczyło się samo. Moja fascynacja nim wciąż wzrasta. Chłonę każde jego słowo, śledzę każdy gest. Jestem Bogu głęboko wdzięczny za to, że na dzisiejsze, trudne czasy dał nam takiego proroka. Gdybym miał wskazać dziś kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, kogo chciałbym naśladować – bez chwili zastanowienia wskazałbym na Franciszka. Skoro więc przyjeżdża on do Polski, nie wyobrażam sobie, by miało mnie zabraknąć.

Świat w Krakowie
Za granicą byłem tylko raz w życiu. W Pradze i to tylko przez jeden dzień. Nie mam więc zbyt bogatych doświadczeń w styczności z obcokrajowcami. Podczas studiów w Lublinie zdarzyło mi się spotkać kilku obcokrajowców, jednak w większości byli to ludzie zza naszej wschodniej granicy, którzy potrafili posługiwać się językiem polskim w stopniu przynajmniej komunikatywnym. Nie byłem nigdy we Włoszech czy w Watykanie. Sam więc fakt, że to świat przyjedzie do Polski jest dla mnie motywacją do wyruszenia w podróż do Krakowa. Mój angielski nie jest zbyt dobry, ale jest coś pociągającego już w samym moim wyobrażeniu tej wielości narodów, języków, kultur, koloru skóry… I ta świadomość, że mimo ogromnej ilości różnic będzie coś, co będzie nas wszystkich spajać w jedno – wiara w Jezusa Chrystusa. Myśl o tym, że koło mnie ktoś może odmawiać „Ojcze nasz” po hiszpańsku czy arabsku sprawia, że chcę stać się chociaż małą częścią tego zgromadzenia.

Umocnienie wiary
Wiecie, im bliżej do rozpoczęcia Światowych Dni Młodzieży, tym gorsze rzeczy się ze mną dzieją. Do spowiedzi wybieram się już od ponad miesiąca (dla mnie to długo!), codzienna lektura Pisma Świętego staje się udręką, o modlitwie już nie wspominam… Głęboko wierzę w to, że Pan Bóg czeka na mnie gdzieś w Krakowie. Że podczas ŚDM przygotował dla mnie coś, co da mi takiego powera, że głowa mała. Czuję w sercu taką pewność, że tam wydarzy się dla mnie coś dobrego. Moja rola polega na tym, by tego nie przeoczyć. By modlić się o otwarte szeroko oczy i serce na przechodzącego Boga.

Marzenie
Od chwili, gdy w Rio de Janeiro w 2013 roku Franciszek ogłosił, że miejscem następnych Światowych Dni Młodzieży będzie Kraków zamarzyło mi się, by być tam wolontariuszem, a jeszcze lepiej – fotografem. By móc zrobić jedno wyraźne, ostre zdjęcie, które mógłbym sobie wywołać w dużym formacie, oprawić i powiesić na ścianie. Dzięki dobroci Boga to marzenie powoli się spełnia. W Krakowie podczas ŚDM będę jednym z akredytowanych fotografów. Głęboko ufam, że to pierwszy krok do spełnienia mego marzenia. Dziś proszę Boga już tylko o to, aby mną kierował. Abym nie zapomniał, że to będzie Światowy Dzień MŁODZIEŻY. Żebym nie był skoncentrowany tylko na gonitwie za zdjęciem ojca świętego. Niech Tata mną kieruje tak, abym był z aparatem tam, gdzie On chce, bym robił zdjęcia takie, którymi On będzie chciał coś przekazać tym, którzy będą je oglądać. A może mnie samemu?