Ćwiarteczka

25 lat minęło… Sam nie wiem nawet kiedy. Wydawać by się mogło, że dopiero co szedłem do gimnazjum, że jakby wczoraj świętowałem swoje osiemnaste urodziny. Niewiarygodne ile od tego czasu się wydarzyło. Dziś już stuknęło mi 25 lat życia. Ćwiarteczka.

Urodziny to dla mnie zawsze szczególnie refleksyjny dzień. Bez względu na to, co tego dnia mam zaplanowane zawsze znajdę czas na to, by pomyśleć o sobie, o tym, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku, jak mnie zmieniło, czego nauczyło. A jak go nie znajdę to te myśli i tak mnie dopadną. W dodatku zwykle wtedy, kiedy bym tego nie chciał.

Pisałem już o tym, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy trochę się w moim życiu wydarzyło. Nie zawsze było kolorowo, bywały długie okresy, w których swoje życie opisałbym wyłącznie w kolorach czarnym i białym. Bywały chwile, w których nie miałem sił wstać z łóżka, zjeść, modlić się. Pójście do łazienki było jak zdobycie Everestu. Dziś jednak z takich chwil wyciągam dla siebie kilka lekcji.

Gdybym chciał zapisać kredą na tablicy temat pierwszej z nich brzmiałby on mniej więcej tak: „Najlepsza wersje ciebie to ta, z którą tobie samemu jest dobrze.” Wielu rzeczy w sobie nie lubiłem, nie akceptowałem. Męczyłem się udając kogoś, kim czułem, że nie jestem. Wiedziałem, że gdzieś tam we mnie jest schowany trochę inny Eryk. Tylko za żadne skarby nie potrafiłem się do niego dostać. Wiecie co mi pomogło? Terapia. Te 45 minut, w których skupiam się tylko i wyłącznie na sobie. Na tym, co przeżyłem, co czułem i czuję, co myślę. To właśnie tam, siedząc w fantastycznym żółtym fotelu, dokopywałem się do siebie samego. Tam uczyłem się rozplątywać to, co gdzieś w życiu mi się zaplątało. I to tam właśnie odkryłem, że jeśli ja sam ze sobą będę czuł się dobrze, jeśli najpierw sam siebie polubię to wtedy polubią mnie inni ludzie. Bo jeśli spotykasz kogoś, kto zna sam siebie, to to widać po nim od razu. Chce się w towarzystwie takiej osoby przebywać.

Wiem już też, że nie potrafię robić rzeczy na siłę. Tak miałem ze studiami magisterskimi na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. Przerwałem je po roku. Ktoś powie, że głupota, bo został mi tylko i aż rok. Z tym, że dla mnie to był aż rok. W pewnym momencie swojego życia doszedłem do wniosku, że ja wcale nie chcę robić tej magisterki. I odkąd to sobie uświadomiłem każda minuta spędzona na uczelni była jakąś męką. Kompletnie nie potrafiłem się w niej odnaleźć. Męczyła mnie psychicznie myśl, że muszę tam siedzieć, być. Więc w pewnym momencie zrezygnowałem. Nie żałuję tej decyzji. I nie wykluczam powrotu na studia w bliższej lub dalszej przyszłości. Zrobię to jednak bardziej świadomie, wiedząc co chcę dzięki temu osiągnąć.

W ciągu ostatniego roku nauczyłem się tez, że nie muszę spełniać niczyich oczekiwań. Że nawet jeśli ktoś mi bliski nie akceptuje jakiejś mojej decyzji to nie oznacza od razu, że ona jest zła, że ja jestem zły ją podejmując. Nie. Ostatecznie konsekwencje każdego działania ponoszę ja. Nawet jeśli czasem się pomylę to potrzebuję tego. Nie ma lepszego materiału do nauki niż własne błędy. Przynajmniej dla mnie.

Bogatszy o te i inne refleksje, na opisanie których tutaj brak miejsca, wchodzę w 25 rok swojego życia. Bardzo bym chciał, by każdy dzień był dla mnie lekcją, z której będę potrafił odrobić pracę domową. Bym z każdym dniem stawał się choć odrobinę lepszym człowiekiem. Jeśli ktoś chce mi czegoś życzyć to proszę o to. A gdyby ktoś chciał się szarpnąć na jakiś prezent to uprzejmie proszę o choć jedno „zdrowaś”. 🙂