Amoris Laetitia, czyli radość miłości

Czekałem na ten dokument z ogromną niecierpliwością. Żywiłem co do zawartych w nim treści głębokie nadzieje, miałem swoje pragnienia i oczekiwania. Pojawiała się też zwykła ciekawość tego, jak papież Franciszek podsumuje dwa synody biskupów o rodzinie i toczącą się wokół tego tematu dyskusje. Nie zawiodłem się.

„Amoris Laetitia”, czyli w tłumaczeniu na język polski „radość miłości” – to tytuł posynodalnej adhortacji apostolskiej napisanej przez Franciszka. Słowa tworzące ten tytuł są doskonałym podsumowaniem treści dokumentu. Z adhortacji można zrobić spokojnie zbiór kilku esejów dotyczących różnych aspektów życia rodzinnego. I każdy z nich byłby prawdziwą perełką, zapewniającą niemało materiału do refleksji.

Na samym początku trzeba powiedzieć, że adhortacja papieska jest dokumentem obszernym. To 325 punktów, wstęp + 9 rozdziałów, 270 stron (w wersji Wydawnictwa M). Jak pisze we wstępie Franciszek „Z racji bogactwa dwuletniej refleksji, której dostarczył proces synodalny, adhortacja ta obejmuje, w różny sposób, wiele i dość różnorodnych tematów. Wyjaśnia to jej nieuniknioną obszerność. Dlatego nie polecam pośpiesznej lektury całości. Lepiej zostanie wykorzystana, zarówno przez rodziny, jak i przez osoby pracujące w duszpasterstwie rodzin, jeśli będą zgłębiały jej kolejne części lub jeśli będą szukały w niej tego, co może być potrzebne w każdej konkretnej okoliczności.” To na pewno ważny klucz pomagający w lekturze adhortacji. Jako ktoś, kto przeczytał cały tekst „Amoris Laetitia” dosyć szybko, mogę tylko was zachęcić do lektury powolnej i spokojnej.

To, co uderza czytelnika adhortacji już na samym początku lektury, to styl jej napisania. Nie ma przesady w opiniach wielu ekspertów, gdy mówią, że „Amoris Laetitia” to dokument iście duszpasterski. Franciszek nawet o sprawach związanych z teologią i doktryną pisze w prosty i zrozumiały dla każdego sposób. Nie trzeba więc się obawiać niezrozumienia tekstu. To bardzo duży plus, bo dzięki temu AL może trafić na półkę zwykłego Kowalskiego, który wcześniej może bał się trochę oficjalnych dokumentów Kościoła. Franciszek pisze w sposób bardzo konkretny i obrazowy, do którego nas już przyzwyczaił podczas swojego pontyfikatu. Widać, że zależy mu na tym, by dokument dotarł do jak największej ilości ludzi.

Nie sposób omówić treści całej adhortacji „Amoris Laetitia”. Tak jak już pisałem – jest to dokument bardzo obszerny, poruszający dużo tematów – od spojrzenia na rodzinę w świetle Biblii, charakterystykę aktualnej sytuacji rodzin, przez seksualność człowieka, wychowywanie dzieci, sytuacje „nieregularne” aż po piękną końcową część tekstu o duchowości małżeńskiej i rodzinnej. Napiszę więc tylko o kilku fragmentach, które mnie osobiście najbardziej poruszyły przy pierwszej lekturze AL.

erysik-1461681739059

Zwracam uwagę na punkt 36. adhortacji. Papież przyznaje w nim, że często nauczanie Kościoła było zbyt oderwane od rzeczywistości, w której funkcjonuje rodzina. „(…)trzeba pokornie i realistycznie uznać, że czasami nasz sposób prezentacji przekonań chrześcijańskich i sposób traktowania ludzi przyczyniły się do spowodowania tego, co obecnie jest powodem narzekania i z czego wypada nam dokonać zdrowej samokrytyki” – pisze papież. I dalej w tym samym punkcie: „Innymi razy przedstawialiśmy ideał teologiczny małżeństwa zbyt abstrakcyjny, skonstruowany niemal sztucznie, daleki od konkretnej sytuacji i rzeczywistych możliwości rodzin takimi, jakimi są.” Te słowa wybrzmiewają mocniej gdy pamięta się o tym, że zawarte zostały w oficjalnym dokumencie Kościoła napisanym przez jego widzialną głowę. A patrząc z perspektywy człowieka świeckiego – to po prostu stwierdzenie faktu. Bo chyba każdy z nas spotkał w swoim życiu księży, którzy zdawali się głosić prawdy jakby oderwane od codzienności. Teraz papież pisze, że takie głoszenie, to błąd.

Ojciec święty boleśnie przyznaje, że dziś ślub bardzo często jest traktowany jakoś coś urzędowego. Zgadzam się tu całkowicie z Franciszkiem. Bardzo boli mnie to, że dziś ślub jest traktowany jako przyczynek do wesela. Wynika to moim zdaniem z braku katechezy. Gdyby chociaż zawierający ślub mężczyzna i kobieta mieli świadomość tego, w czym biorą udział, to mogliby to przełożyć choćby na swoich najbliższych. Można im to uświadomić choćby podczas kursów przedmałżeńskich, które dziś często bardziej przypominają szkolne lekcje wychowania do życia w rodzinie niż przygotowanie do sakramentu. „Narzeczeni przychodzą do ślubu zdyszani i wycieńczeni, zamiast poświęcić najlepsze siły na przygotowanie się jako para na wielki krok, jaki razem uczynią. Tę mentalność można spotkać również w niektórych związkach nieformalnych, które nie mogą się zdecydować na sakrament małżeństwa, bo myślą o kosztach związanych z organizacją wesela, zamiast dać pierwszeństwo wzajemnej miłości i jej formalizacji wobec innych osób.” Skupiają się bardziej na przygotowaniu wesela niż ceremonii zaślubin. Do spowiedzi przystępują w biegu, zdyszani, pomiędzy załatwianiem zespołu i ustalaniem sposobu złożenia serwetek. Dlatego gorąco popieram apel Franciszka zawarty w adhortacji, aby „(…) wybrać wesele skromne i proste, aby umieścić miłość ponad wszystkim.”

Bardzo piękne są rozważania Franciszka o przeżywaniu śmierci bliskiej osoby, czy cały rozdział poświęcony trosce o odpowiednie wychowanie dzieci. Papież jest realistą, ma świadomość wielu zagrożeń czyhających tylko na moment słabości człowieka. Bardzo ważne są również słowa mówiące o tym, że nie jest niczym złym ani niestosownym, gdy mężczyzna zajmuje się domem i dziećmi, podczas gdy jego żona pracuje.

Adhortacja „Amoris Laetitia” jest dokumentem na wskroś ludzkim. Papież Franciszek chce byśmy zmienili swój sposób patrzenia. Zamiast gloryfikować normy i przepisy, patrzmy na człowieka, z jego doświadczeniem, radościami, smutkami, sytuacją rodzinną i kulturową. Bo to „człowiek jest drogą Kościoła” nie na odwrót.