Alfie Evans. W obronie lekarzy

Alfie Evans. W obronie lekarzy

Alfie Evans. Chyba nie ma dziś nikogo, kto nie słyszałby o tym człowieku. Chyba nie ma nikogo, kto nie słyszałby o jego chorobie, o heroizmie jego rodziców walczących o życie swojego dziecka, o podjętych przez nich staraniach o przewiezienie go do szpitala w Rzymie, który otworzył przed nimi swoje drzwi i zaoferował opiekę. O tym, że te starania zostały udaremnione przez sąd w Liverpoolu, który kategorycznie zabronił przenosin małego Alfiego.

Nie brałem do tej pory udziału w żadnej dyskusji na temat sytuacji Alfiego. Nie napisałem żadnego tweeta, choć w niektórych dyskusjach byłem oznaczany i niejako wywoływany. Nie podpisałem żadnej petycji w jego obronie. Zdecydowałem się na milczenie, aż do tej pory. Milczałem, bo nie odnajdowałem się w tym publicznym dyskursie, który kategorycznie krytykował decyzję sądu w Liverpoolu i lekarzy ze szpitala Alder Hey, gdzie przebywał chłopiec. Jakoś nie potrafię wydać takiej jednoznacznej oceny. Nie potrafię pomyśleć, a co dopiero napisać, że podjęli złą decyzję, że zabili Alfiego. Nie mam na to ani wiedzy ani kompetencji.

Wierzę, że zarówno sędziowie jak i lekarze z Liverpoolu kierowali się dobrem chłopca. Może to było sprzeczne z jakąś naszą logiką, z naszym rozwiązaniem tej sytuacji, ale nam się to cholernie łatwo ocenia. Łatwo jest krytykować sędziów i lekarzy siedząc gdzieś daleko w Polsce i nie będąc bezpośrednio zaangażowanym w tę sprawę. Z tej perspektywy wszystko wygląda bardzo prosto – z jednej strony jest ten zły szpital i sąd w Liverpoolu, który pozbawia Alfiego szans na przeżycie, a z drugiej otwarci i dobrzy lekarze z Rzymu, którzy zaoferowali swoją pomoc w dalszej opiece. Z pozycji fotela w Polsce sprawa wydaje się wręcz banalnie prosta.

Pomiędzy czernią a bielą są jeszcze różne odcienie szarości. Taką szarością wydaje mi się cała sytuacja związana z chorobą Alfiego Evansa. Może jestem zbytnim optymistą i idealistą, ale naprawdę wierzę, że w szpitalu w Liverpoolu pracują świetni i kompetentni lekarze. Wierzę, że mając pod swoją opieką 24 godziny na dobę małego Evansa podjęli decyzję zgodną z duchem medycyny i przysięgą Hipokratesa. Wierzę, że po prostu wiedzieli co robią. I że nie było to dla nich takie proste jak nam się wydaje. Odłączenie chłopca od wszelkiej aparatury podtrzymującej funkcje życiowe na pewno takie nie było.

Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 3:30 w nocy. Po odłączeniu go od aparatury medycznej przeżył 5 dni. Śledził je cały świat. Warto dziś, zamiast zastanawiać się kto miał rację w tym sporze – lekarze z Liverpoolu czy z Rzymu – pomodlić się za jednych i drugich. Za rodziców Alfiego. Za wszystkie nieuleczalnie chore dzieci i ich rodziców. Za lekarzy, od których zależy bardzo wiele. Warto może prosić szczególnie o wstawiennictwo beatyfikowanej dziś w Krakowie pielęgniarki Hanny Chrzanowskiej. Niech wyprasza u Trójcy wszelkie potrzebne łaski tym, którzy cierpią.