4 powody, za które lubię jesień

4 powody, za które lubię jesień

W końcu zelżały upały. Co prawda wątpię, by odeszły one na dobre, wszak mamy jeszcze sierpień. Ogromnie jednak cieszą mnie niższe temperatury ostatnich dni. Czuć już w powietrzu nadchodzącą wielkimi krokami jesień. Niesie ona w wiklinowym koszyku mnóstwo rzeczy, za które ją kochamy. No dobra, może nie wszyscy ją kochamy, ale ja na pewno.

Jesień to taka pora roku, która chyba wzbudza najwięcej skrajnych emocji. Jedni ją uwielbiają, inni nie znoszą. Każda strona znajdzie kilka argumentów na poparcie swojego stanowiska. I możemy się tak obrzucać skrajnymi argumentami, ale…po co? Skupmy się lepiej na wyciąganiu ze wszystkiego co nas otacza jak najwięcej dobra, piękna, tego wszystkiego co nas buduje. W każdym zdarzeniu, w każdej porze roku znajdzie się coś wartościowego.

Chciałbym podzielić się z wami tym, co lubię w jesieni. A jest to taka pora roku, która zdecydowanie robi we mnie dużo dobra. Może takim tekstem trochę wyprzedzam czas, w końcu trwa jeszcze sierpień, ale czuje, że to dobra pora no to, by zastanowić się nad tym, co jest pięknego w jesieni.

Kolory

Uwielbiam w jesieni to, że jest bajecznie kolorowa. Przynajmniej w swojej początkowej i szczytowej fazie. Zawsze jestem pełen zachwytu gdy widzę te różnokolorowe liście. Gdy widzę jak przepiękną kompozycję potrafią stworzyć. Gdy wychodząc z domu co rusz potykam się o zabłąkane kasztany. Gdy pod stopami szeleszczą opadłe z drzew liście. No i ta jarzębina! Czy jest ktoś kogo takie rzeczy nie zachwycają?

Ubrania

Lubię lato za to, że nie wymaga ode mnie zbyt wiele. Czysty, w miarę wyprasowany t-shirt, krótkie spodnie i można wychodzić na podbój świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy mimo tej minimalnej ilości ubrań na ciele i tak jest mi gorąco. Jesień podbija moje serce za to, że zdejmuje ze mnie ten ciężar. Zdecydowanie wolę więcej na siebie włożyć, by było mi ciepło, niż nie mieć co z siebie zdjąć, by było mi chłodniej. Jesień jest cudowna, bo wymaga ode mnie wyciągnięcia na wierzch ciepłych swetrów, zapomnianych bluz, kurtek, szalika, z czasem też i rękawiczek. Wyciągam z szafy koc, którym się okrywam siedząc w pokoju. Coś wspaniałego.

Przytulność

Świeczki. Dużo świeczek. Zwłaszcza te o zapachu jabłka z cynamonem. Kubek gorącej herbaty. Nogi okryte ciepłym kocem. W ręku książka. Z głośników wydobywają się ciche dźwięki wygrywane przez Sigur Rosa albo któryś z utworów Hansa Zimmera. Miękkie poduszki. Na ekranie komputera „Przyjaciele” lub jakikolwiek inny serial na Netflixie. Czujecie ten klimat? Ja tak Oj bardzo. Niby te wszystkie elementy można wprowadzić w życie również latem, ale nie oszukujmy się – to nie ma wtedy takiego klimatu. Tego doświadcza się najlepiej jesienią i potem zimą, gdy dnia coraz mnie, a nocy coraz więcej. Wtedy taki spokojny czas potrafi uratować skołatane przez życie nerwy.

Modlitwa

Jestem wrażliwcem. Wrażliwcem w tym sensie, że bardzo mnie ruszają rzeczy takie jak te wyżej opisane. Lubię, gdy coś mi dobrze gra na emocjach. Gdy wzbudza we mnie uśmiech i spokój. To się tyczy również modlitwy. Wiem, że emocje nie są w niej najważniejsze, ale bardzo mnie rusza tzw. klimat. Zawsze najlepiej mi się modliło późnym latem, jesienią i zimą. Gdy dzień szybko ustępował miejsca nocy. Zapalam wtedy świeczki i…modlę się. Na różne sposoby. Czasem jest to różaniec. Czasem wyrzucam z siebie na głos jakieś słowa. Czasem biorę po prostu w rękę swoją kopię ikony przyjaźni z Taize i patrzę. Nic nie myślę, nic nie mówię. Po prostu jestem. Taką modlitwę bardziej przeżywam, gdy na zewnątrz ciemno. Wtedy czas spędzony z Jezusem, Światłem świata, smakuje wyjątkowo.

A wy za co lubicie lub moglibyście polubić jesień?


Jeśli chcesz być ze mną na bieżąco obserwuj mnie na:
– Instagramie,
– Twitterze,
– Facebooku